piątek, 25 marca 2016

Wyrzuty sumienia

Wiele lat już minęło od śmierci Barrego, bo w grudniu styknął 6 rok, a ja nadal nie mogę pogodzić się z tym odejściem.
Ten świąteczny czas skłonił mnie do przemyśleń. Co jest ważne w życiu, nad jego przemijaniem i fakt, że jesteśmy tylko ludźmi...


Cytując:

"Pies może złamać Ci serce tylko raz - kiedy jego własne przestanie bić"

tak właśnie w tym psim życiu jest.

Barry, imię miał od swojego poprzednika, po którym miał zapełnić pustkę. Największy błąd, bo ciągle był porównywany do tego pierwszego, mimo że różnił się od niego kolosalnie. Byli i wyglądem i charakterem jak dzień i noc. Ale byliśmy młodzi z pękniętym sercem i tyle jest na wytłumaczenie. Został przywieziony z targu, bez książeczki i żadnych informacji.



Przyjechał do nas w wrześniu 2000 roku, a odszedł w grudniu 2009roku. Był moim psem, tak na serio. On mnie zmotywował do codziennych spacerów pomimo deszczu czy zmęczenia. To dzięki niemu zwiększałam wtedy wiedzę, pomimo kiepskiej dostępności czegokolwiek. Przez niego na święta czy urodziny chciałam książki czy psie przysmaki zamiast czegoś dla siebie. Pamiętam, że oglądałam filmy o psach na Animal Planet, żeby czegoś się dowiedzieć i może czegoś go nauczyć. Bo niestety nie potrafiłam go uczyć. Robiłam wszystko po omacku i popełniałam mnóstwo błędów. Chodził w kolczatce, co było błędem, ale wtedy nie znałam innego wyjścia. W sklepie do wyboru były różnorodne rozmiary kolcy, za to ani jednej pary szelek.
To on nienawidził rowerów, dostawał kur*wicy, przez co siał postrach. Sama rozkimałam jak ogarnąć go, pomimo wyrównanych gabarytów. Nie miałam żadnej pomocy, ani szkoleniowców, ani internetu, ani wartościowej dla mnie literatury. Jedyne dostępne u nas książki to różne o psich rasach.


Nie bał się petard czy fajerwerków, przez co zaaportował mi odpaloną petardę. W ostatniej chwili mu ją odebraliśmy i odrzuciliśmy. Wtedy też zakończyłam spacery w sylwestra.
Przez niego wiele razy zaliczałam glebę.Biegniemy? Super, tylko mi nogi się poplątały i gleba. Aport kijka? super, no to sruuu a ja trzymałam linkę i gleba. Ślizgawka? Super, oboje przebieraliśmy prawie w miejscu łapami, aż on chwycił chropowatą powierzchnię i wystartował, a ja jak zwykle gleba.
Zawsze dostawał gotowane jedzenie, czyli ziemniaki czy ryż plus jakieś warzywka i albo resztki mięsa. Albo gotowane stópki wieprzowe z galaretką. Później weszły jeszcze ogony wieprzowe. Kostka zawsze była wyjedzona, a reszta to w zależności czy był głodny.
Nie był agresywny do psów, nie miał z nimi najmniejszego problemu, mimo kiepskiej socjalizacji z nimi. Iść z nowo poznanym samcem łapa w łapę? żaden problem.



Robił za bodygarda Ciapka, bo on go wychował. Do dzisiaj jak rano wypuszczam Ciapka w ciepłe poranki to przypomina mi się scena, gdy stoi Barry, a między jego silnymi łapami stała mała kruszynka, czyli Ciapek.

Nie był agresywny również do ludzi. Ale był bardzo skoczny, z miejsca potrafił się wybić dość wysoko. Podskakiwanie jak kózka, energiczne przy tej masie wyglądało zniewalająco. On miał wiele futra, chodzący puszek z niego był, a wyczesywanie zajmowało wiele czasu.

To ten pies przebrnął przez moje burzliwe dojrzewanie i bunt wobec wszystkiego. On jeden był dla mnie ogromnym wsparciem.


Żyliśmy sobie, tak zwyczajnie, tak normalnie.

Aż nadszedł czas, że łapy zaczęły sprawiać problem. Pomalutku bolały, odmawiały posłuszeństwa, doskwierały. Zaczęliśmy leczenie, codziennie wciskałam mu tabletki i zawsze dbałam, aby je miał. A jemu się pogorszyło...Aż nadszedł grudzień, a pies łapy ciągną za sobą. Zaczął podupadać na zdrowiu. Nie chciał wstawać, gasły jego diabliki w oczach, poruszał się, jak musiał. Nie było ratunku dla jego łap, a później dla niego...



Mieliśmy wyjście, aby ciągnąć jego życie i powiększać jego ból i dyskomfort, albo pozwolić mu godnie odejść. Zdecydowaliśmy na się na drugie wyjście.

Wiele łez wylałam za tym psem. Później dopiero dojrzała moja świadomość kynologiczna i dopiero zaczęłam się dowiadywać, szukać informacji... początki mojego udzielania się na forach i czytanie portali, książek, artykułów.

To nie chodzi o jedną wizytę, to całe leczenie było błędne i dziś wiem, że to się nie mogło udać. Tak, wiem to dziś, po 6 latach.

Mimo, że wtedy zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, ja mam wyrzuty sumienia. Choć nie wiem, co miałabym zrobić, bo zdobywanie wiedzy to proces trwający lata. Jednak wiedza, że było jakieś wyjście, a ja go nie znalazłam wpędza mnie w wyrzuty sumienia...

Dlatego mam radę dla wszystkich. Jeśli coś dzieje się z psem, nawet najmniejsza choroba, jakieś symptomy. I obojętnie czego dotyczy. Pies kuleje, ma problemy z wstawaniem, odmawia wskoczenia na coś, coś sprawia mu ból, smutnieje. Ale tez inne, WSZYSTKO co odbiega od normy. Nawet jeśli, coś dzieje się z powodu wieku czy stresu. Nie ignorujcie takich sygnałów i idźcie do weta. Ja obecnie chodzę do minimum dwóch, jak się coś dzieje, zanim podejmę jakieś kroki. I dzięki temu Sonia żyje, Gandi nie ma amputowanego pazura.

Trzeba wziąć pod uwagę, że różne, różniaste choroby czyhają na nasze psy, czy to problem z stawami, kręgosłupem, alergie, problemy trawienne i przyswajanie, choroby wirusowe i odkleszczowe, wszelkie guzki i wiele, wiele innych. Im szybciej się zareaguje, tym pies ma większe szanse na wyzdrowienie i życie w mniejszym bólu lub całkowicie bez niego. I jeszcze jedno! Badania. Nie dajcie się spławić, jeśli coś Was niepokoi to zróbcie badania, nawet jeśli wet twierdzi, że nie trzeba.

Lepiej być przewrażliwionym, niż żałować, że nie zareagowało się w porę...w końcu na szali jest życie naszego psa, ukochanego czworonoga, najdroższego przyjaciela, pełnoprawnego członka rodziny.

8 komentarzy:

  1. Strasznie mi przykro. Minęło tyle lat, lecz przyjaciela nigdy się nie zapomina. Sama przeżywałam czas, kiedy mój pies chorował, na szczęście, wyszedł z tego. Trzymaj się, na pewno był wspaniałym psem..

    fastyork.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, przyjaciela się nie zapomina... zostały po nim tylko zdjęcia..

      Usuń
  2. Moim zdaniem nie możesz mieć wyrzutów sumienia...gdybym ja myślała o tym w ten sposób, chyba bym nie mogła żyć wyrzucając sobie ,,dlaczego nie zrobiłam tego czy tego". Każdy się uczy, i prawda że czyimś skutkiem. Nikt nie będzie od początku geniuszem zauważającym zachowania psa, bo tak na to się nie patrzy od kiedy pies pojawi się w domu, wszystko przychodzi z czasem. Można być jedynie wdzięcznym za wiedzę, jaką się ma dzięki temu psu nawet jeżeli ten pies nie miał w 100% idealnego życia. Bo pies wybaczył :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci za ten komentarz, zwłaszcza za ostatnie zdanie :)

      Usuń
  3. Oj takie przeżycia jeszcze przede mną ale w gardle szczypie jak tylko o tym pomyślę... Piękne wspomnienie Przyjaciela...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chwile odejścia psa są nieuniknione... byleby zdarzyły się jak najpóźniej...

      Usuń
  4. Najgorsze jest to, że mimo że Ty coś widzisz to lekarze i tak to bagatelizują :( Z Luńcią było podobnie, leczenie, coraz gorzej i gorzej, diagnoza dopiero po kilku próbach mojego dociekania ... Najgorsze jest to, że potem traci się też wiarę w weterynarzy ... I to nie jednego kilku i do tych "kilku" zbiera się coraz więcej :/
    A na tym wszystkim cierpią nasi przyjaciele :(
    Weim co czujesz, minęły u mnie trzy miesiące a boli cholernie tak samo :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to, masz całkowitą rację. I przeważnie mają Cię za przewrażliwionego człowieka. A szkoda.
      3 miesiące to bardzo krótko :(

      Usuń