sobota, 8 lipca 2017

Fotoksiążka od Saal Digital Polska

Wiele osób, zwłaszcza wśród psiarzy, mówi o zainteresowaniu fotografią. Kiedyś ta moda dopadła i mnie.Wtedy to były czasy, kiedy robienie zdjęć zwykłą cyfrówką nie satysfakcjonowało mnie. Zdjęcia były kiepskie i za bardzo z tego aparatu nie szło wyciągnąć lepszych ujęć. I tak poszłam do pracy i za pierwsze zarobione pieniądze kupiłam, potocznie zwaną, lustrzankę. Ot, nic specjalnego, ale zdjęcia wreszcie wyglądały ładnie. Psy zaczęły się dobrze prezentować na zdjęciach,a nie jako wyblakłe, często rozmazane COŚ, bez składu i ładu.
Zdjęcie po lewej stronie jest z zwykłego aparatu cyfrowego, po prawej z "lustra".
Oba psiaki za TM :(
Mając nowy aparat, trochę liznęłam wiedzy z książek i artykułów o fotografowaniu. Zależało mi, aby te zdjęcia zachwycały, ale nigdy nie miałam aspiracji, aby w tym kierunku iść. Sama obróbka często jest dla mnie czarną magią, którą nie sposób pojąć. Jednak dla mnie najważniejsze było uchwycenie pięknych chwil z moimi psami. Jako piękna pamiątka i setka wspomnień.

Zawsze mówiłam, że zdjęcia w plikach na komputerze są fajne i szybko można je przeglądnąć. Za to wydrukowane na papierze mają w sobie o wiele większą moc. Pozwalają na chwile się zatrzymać, pomyśleć, wrócić wspomnieniami do momentów w jakich zostały zrobione. Ale ja nigdy moich zdjęć nie wywołałam. Znalezienie albumu i aby to wszystko było ładnie ubrane w całość było zwalane na dalszy plan. Zawsze coś mi nie pasowało,a to okładka, a to przemieszczanie się zdjęć, naderwane koszulki. Nie, szukałam czegoś innego i tak wpadł mi w oczy pomysł z fotoksiążką. Ale znowu to jest drogi, jednorazowy wydatek. I o wiele większy problem. Czy moje zdjęcia się nadadzą? w końcu nie mam profesjonalnych zdjęć, psy nie pozują jak w reklamach, nie mam poprzerabianych, gdzie jedno jest bardziej wyostrzone, coś usunięte, coś dodane. I oczywiście zwątpiłam, czy ta fotoksiążka wyjdzie ładnie. Co więcej,widząc własne zdjęcia, bałam się wydania takiej kwoty i opcji, że to będzie kompletna klapa.
jedno z ważniejszych dla mnie zdjęć

A ostatnio na FB wyskoczyła mi reklama, że Saal Digital Polska szuka testerów do fotoksiążki. Mówię sobie, że spróbuję, a co! Choć od razu zaznaczyłam, że fotografem to ja nie jestem. I jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że dostałam kod na 125zł. I zaczęło się wybieranie, przebieranie zdjęć. Próbowałam przerabiać po swojemu, ale ostatecznie poszły zdjęcia gołe, prosto z aparatu. Tak, wiem. To było ryzykowne.


Ale zacznijmy od początku. Najpierw wchodzimy na stronę http://www.saal-digital.pl/ i pobieramy program na komputer. Później go instalujemy, włączamy i wybieramy co chcemy czy fotoksiążkę czy inny produkt. W moim przypadku była to fotoksiążka i z boku miałam do wyboru dostępne funkcje wraz z ceną. Możliwości było bardzo dużo, począwszy od formatu i ilości stron, poprzez czy zdjęcia mają być matowe czy błyszczące, watowanie okładki, aż po to czy ma być widoczny kod kreskowy czy nie. Nawet opakowanie można było sobie kupić. Wszystko, dosłownie wszystko zależy od nas co się wybierzemy.

U mnie to był format 15x21 cm, czyli taki zeszyt w twardej okładce i zaszalałam i aż 38 stron sobie wybrałam. Na okładce zdjęcia błyszczące, a w środku matowe. Podsumowując dopłaciłam 25zł, bo trzeba doliczyć 20zł na przesyłkę i mam fotoksiążkę marzeń.

Założyłam sobie osobny folder, gdzie pododawałam ważne dla mnie zdjęcia i potem zaczęłam kombinować, jak powiększyć, zmniejszyć, obrócić, czy z przodu czy z tyłu. Opcji naprawdę było bardzo dużo, a ograniczała nas jedynie wyobraźnia.


Jedyne na co trzeba zwracać uwagę to na linie, aby tak dodać zdjęcia, aby nie było białych pasków u góry czy na dole. No chyba, że tak chcemy, można wybrać sobie kolor wypełnienia. Ja sobie zapisałam projekt, a także zrobiłam wersję w pdf, gdzie przeglądnęłam sobie,czy nie ma niedociągnięć, zdjęć krzywego dopasowanych itp. Jednak wysłałam projekt w pliku, w jakim zapisałam w programie, a nie w pdf.

ogranicza nas tylko wyobraźnia

Jak już wszystko powybieramy, klikamy "dodaj do koszyka", gdzie uzupełniamy dane, wybieramy dostawę, płatność i składamy zamówienie. Ja złożyłam w poniedziałek wieczorem, a w czwartek do południa paczka była u mnie. Czyli bardzo szybko. A jak odpakowałam to oniemiałam. Moja fotoksiązka wyszła pięknie, zdjęcia wyraziste, ładne, dopasowane. Kartki sztywne, dopracowane z najwyższą starannością.

Jeśli masz zdjęcia dobre jakościowo, ale bez przeróbek, jedynie dla własnego użytku i boisz się, że fotoksiążka nie wyjdzie to nie martw się. Zobacz jak u mnie to się wszystko zgrało i jaki jest efekt końcowy. Każdy jest indywidualny i ma zdjęcia, które są bliskie jego sercu. Zdjęcia, które wywołują wspomnienia, kiedy to wracają piękne chwile i są szczególne dla niego. Nawet jeżeli wspomnienia są bardzo osobiste, wręcz intymne, zaglądające wgłąb człowieka to warto z nich stworzyć własną fotoksiążkę i ułożyć z nich swoją ciekawą historię.

Bardzo dziękuję firmie Saal Digital za możliwość przetestowania fotoksiązki. Kontakt z firmą był bardzo przyjemny i podczas wymiany e-maili jak i wiadomości na FB. W razie jakichkolwiek problemów służą radą i odpowiadają na wszystkie pytania. Bardzo polecam!
Tył okładki i widoczny kod kreskowy. Nie przeszkadza mi to, a za tą cenę wolałam więcej stron.
 

czwartek, 29 czerwca 2017

Czym dla mnie jest szkolenie psów?

Szkolenie psów wg mnie to jest sztuka, niebywale trudna, jednocześnie sprawiająca dużo satysfakcji. Sztuka,która wymaga wiele nauki, samodoskonalenia się i cierpliwości. Przeczytaniu wiele książek,artykułów, spędzenia mnóstwa czasu na uczeniu się i obserwowaniu. Przebywanie z różnymi psami, analizowaniu ich zachowania i dostrzeżenie niuansów, które podpowiadają nam, co dzieje się w psiej głowie. Poznawanie rożnych poglądów,zmian nastawienia i udoskonalenia.
Czasem trzeba pogłówkować i znaleźć złoty środek

Ponadto, szkolenie psa wymagająca wiele wyrzeczeń, smażenia się w upale, taplaniu się w błocie, odmrożeń i przemoknięcia. Jeżdżenia wiele kilometrów, niedospania, zwalczania niedogodności.To walka z swoimi słabościami. I w tym wszystkim dochodzi uczucie, że mimo to nadal tak mało wiemy o psach. Taka to moim zdaniem sztuka, dla prawdziwych zapaleńców. To są lata ciężkiej harówki, gdzie zewsząd jest krytyka, śmiech i brak zrozumienia. To jest także wyrabianie sobie charakteru i uparcie dążenie do celu. Nie wielu ludzi na to stać. Często czuć gorzki smak porażki, bezsilność i powątpiewanie. Ale są takie osoby, które uwielbiają taplać się w błocie, w każdym warunkach spędzać czas z psem i się z tego dobrze bawić. Choć gorsze chwile dopadają człowieka to dobry motywacyjny kop sprawia, że chce się więcej i więcej. W tym całym zawirowaniu najważniejszy jest pies. Gdzie trzeba pomyśleć i wymyślić, jak nauczyć czegoś psa, bo nie rozumie standardowego podejścia. Trzeba w tej sztuce wykazać się kreatywnością, innowacyjnością i otwartym umysłem. To dostrzeganie sygnałów, które wysyła pies. Sztuka ta polega na umiejętnym prowadzeniu psa, balansowanie między nagrodami, aby zwiększyć motywację psa.

Tym dla mnie jest szkolenie psa, to nie tylko bieganie po tęczy i pławienia się w samych superlatywach. Za tym wszystkim stoi ostre tyranie. Tak właśnie wygląda życie, jeśli chcemy od psa czegoś więcej niż podawanie łapy i leżakowanie wieczne na kanapie.
Niekiedy rozwiązania nie są podane na tacy,a wymagają pogłówkowania
I tą drogą powinni przejść Ci,którzy zawodowo zajmują się szkoleniem. Niestety często zamiast uprawiania sztuki jest ciężkie rzemiosło.
Rzemiosłem jest dla mnie siedzenie w swoich  poglądach, w które się święcie wierzy. Zero nauki czegoś więcej, żadnego poszerzania horyzontów, brak próbowania zrozumieć samego psa. Szkolenie, gdzie wali się kolczatką, bo pies nie słucha, ignorowanie wysyłanych przez psa sygnałów uspokajających. Brak chęci wysilenia się i zastanowienia, czy dobrą metodą szkolę? Czy jest inna droga do osiągnięcia celu, aby poprawić komfort psa i dotarcia do niego? nie, bo jest jedna metoda, którą się klepie ciągle i ciągle, do każdego psa. Brak kreatywności i pomyślunku. Często wystarczy skończyć szybki kurs i już się jest gotowym, aby uczyć innych. Ba, aby założyć szkołę, nie potrzebujesz dokumentów potwierdzających kwalifikację. Co więcej, taka osoba nie potrzebuje własnego psa. To jest, moim zdaniem, ślepe zapatrzenie w siebie, w swoją nieomylność,a każdy głos, który krytykuje i mówi inaczej jest skreślany, tudzież wywalany z placu szkoleniowego. Ale nie tylko przemoc jest zła, złe jest również automatyczne wydawanie samych przysmaków psu. Nieodpowiednio nagradzanie psa, bez budowania motywacji i więzi. Rzemiosło to nie tylko podejście tradycyjne do szkolenia, ale także pozytywne metody. Bo przede wszystkim najważniejsze jest dobranie metody do psa, a nie odwrotnie.

Obecnie każda dziedzina ma artystów i rzemieślników.Wiem, że nikt od razu nie urodził się alfą i omegą, nikt nie wyssał z mlekiem matki podstawowej wiedzy, a już tym bardziej zaawansowanej o psach. Ale zastanówmy się, kim chcielibyśmy być i do tego dążmy.
Na smakołykach opiera się nauka

Przykro mi to stwierdzać, ale sporo już widziałam i czytałam. Jak to psy są szkolone. I przeraża mnie, nie to, że ciągle zmieniają się trendy, co rusz są nowe metody i kombinacje. Nie, to wszystko jest po to, aby wyciągać z tego wnioski. Mnie przeraża, jak ktoś kto zajmuje się szkoleniem jest ślepy na nowinki i udaje, że nie ma innych wyjść z sytuacji. Nie trzeba zgadzać się z każdym podejściem, ale trzeba mieć wiedzę o ich istnieniu i umieć argumentować swoje zdanie. Bo pomiędzy szkoleniowcem a przewodnikiem psa musi być dobra komunikacja. Aby przewodnik wszystko zrozumiał i aby szkoleniowiec potrafił wytłumaczyć, dlaczego jest tak a nie inaczej.

Artystami są dla mnie szkoleniowcy, którzy potrafią wydobyć cały potencjał z psa, a nawet więcej. Potrafią myśleć o psie,a nie tylko o kasie. Przede wszystkim szkolenie trzeba czuć,wiedzieć co i po co się robi. Rzemieślnicy odpukają parę spotkań, skasują i znowu organizują szkolenie.

sobota, 24 czerwca 2017

Spacer z psimi kumplami, czyli kilka słów o Gazika zachowaniu

W niedzielę byliśmy na spacerze z zapsionymi znajomymi, poznanymi przez internet. I tak rano zapakowałam Gazulca do samochodu, przejechaliśmy 30 kilometrów tylko po to, aby iść na spacer. Oprócz nas, był samiec labrador i dwie suczki, jedna to Mastif Tybetański.a druga to 4,5 miesięczny szczeniak doga kanaryjskiego.Mieszanka eksperymentalna.

Utopiliśmy piłkę. Kto pomyślałby, że chuckit fetch ball nie pływa? no nie my
 Bardzo obawiałam się tego spaceru, jak Gandi się odnajdzie i jak będzie zachowywać. Byłam przygotowana na wieczny bunt i burczenie. Co więcej, brałam pod uwagę opcję, że ten spacer skończy się szybciej niż w ogóle zacznie. Otóż Gandi to taki zbój. I to był jego pierwszy wspólny spacer z obcymi psami. Spacer, gdzie psy idą razem, łapa w łapę. Tym bardziej, że początek nie zapowiadał się kolorowo. Gandi potrafi minąć się na chodniku z obcym psem, ale taki kontakt trwa chwilę i do tego wzmacniam smakami. Tu sytuacja była o wiele bardziej skomplikowana.

Na wstępie oburczał i pokazywał ząbki na labradora. W efekcie robiłam z nim kółka w sporej odległości, aby przywykł do tego psa. Zanim ogarnął dupkę to przyszły dwie suczki. I burczenia i pokazywania ząbków nie było końca. Po prostu on nie wiedział jak ma się zachować. Jak dostał smaki to uspokoił się. Ale pojawił się inny, niespodziewany problem.

Gandi bał się pozostałych psów. Trzymał się z dala, iść za nimi nie chciał. A jak jakiś pies się zbliżał to odsuwał się. Ewidentnie czuł dyskomfort. Toteż nasi towarzysze poszli do przodu, a ja powolutku z tyłu sobie dreptałam z Gandim. Unikał wszelkiego kontaktu, pokazywał, że się ich boi. Jednak cały czas szukał mojego wsparcia. I wtedy pokazałam mu, że jesteśmy jedną drużyną i gramy do jednej bramki. Dałam mu wsparcia, jakiego oczekiwał, ale nie biadoliłam nad nim i się nie litowałam. Nie brałam na rączki, ani nie przerwałam spaceru. Pomalutku zaczęliśmy doganiać grupkę, ale Gandi nadal trzymał dystans.

Wszystkie psy zostały spuszczone ze smyczy, oprócz Gazika.
Pierwszym psem, do którego się przekonał to stonowana suczka mastifa tybetańskiego. Bardzo się zdziwił, jak szła koło niego, a on nie zauważył kiedy podeszła. Spojrzał na nią, a ona nie zwracała na niego uwagi. Powiedziałam "w porządku" i tak w niedalekiej odległości ona sobie szła.My też. Potem szczeniak zauważył, że helloł, na spacerze jest nowy psiak. I z iśćie szczeniacką delikatnością, przybiegła do nas. Gandi odskoczył, bo co to ma znaczyć. Ja szczeniorka pogłaskałam, a ona sama pokazywała Gazulcowi, że ma pokojowe zamiary, że chce się zapoznać i nie stanowi powodu do strachu. A jak się obwąchały to zaczęła się wesoła, normalna i zdrowa psia komunikacja. Szczeniak przełamał lody i Gandi zauważył,że przecież jest fajnie. Zaczęły brykać, zachęcać do zabawy i na prawdę było fajnie. I od tego momentu Gandi zakochał się w małym dożku kanaryjskim.

Ale, ale na spacerze był jeszcze jeden samiec!
O ile nie zmuszałyśmy do kontaktu, a wręcz odwrotnie, nie dopuszczałyśmy ich do siebie to był spokój. Ale samiec i szczeniak to były najlepsze kumple, znali się wcześniej i razem brykali. I jak szczeniorek poleciał do Gazika, to labrador też. I jak w dwóch obwąchiwało Gazulca to on poczuł się niepewnie, zaczął wycofywać. Nie pomagał fakt, że styl zabawy labka to poburkiwanie. I w pewnym momencie nie wiedziałam co się dzieje. I koniecznie leciałam z odsieczą do Gazika. Ale buntów nie było,stawiania się czy poburkiwania też nie. Co więcej, reszta spaceru minęła bardzo pozytywnie. Psy zaakceptowały się, każdy na swój sposób i nie było spin czy problemów.

Opisałam to dość obszernie, a w rzeczywistości to trwało z 20minut. Przez następne półtora godziny było brykanie, pluskanie się w wodzie, zaczepianie i szaleństwa. Gandi cały spacer był na smyczy, ale naprawdę krzywda mu się nie działa.

Prawie jak czołg w tą wodę wchodzi
Prawdziwą wisienką na torcie był powrót przez osiedle. Kilka domków, a na każdym podwórku pies, czasem nawet kilka. Wszystkie jak jeden mąż oszczekiwały nas. Co więcej, jeden podleciał do nas. A Gandi spokój, zero, null, nic. Ani pół burknięcia czy pajacowania. Ledwo zaszczycił te psy spojrzeniem. I taka dumna z niego jestem. Tyle lat pracy włożone w niego i zaowocowało. Normalnie, prawie w samozachwyt wpadłam. 

Podsumowując to była dla mnie ogromna dawka wiedzy i informacji o moim psie. Gandi taki kozak, ząbki pokazywał i ojej co to nie on, a tak naprawdę zaczął się bać towarzyszy. Widok był na początku dość przykry, ale jak widziałam jak malutkimi kroczkami przełamywał swoje lęki to pomagałam mu jak potrafiłam. Ostatecznie nawet nam to wyszło. Ba, na koniec spaceru Gandi leżał koło labradora, który wyraźnie pokazywał,że z moim paniczem to on styczności najmniejszej mieć nie chce.

Soniula na spacer nie pojechała z kilku względów, ale popołudniu i posiedziała w wodzie i poszła na spacer, także była zadowolona.
Jak byliśmy na dworze to Gazikowi wbił się kleszcz, po wewnętrznej stronie uda. Czyli w bardzo felernym miejscu, bo tuż przy jego świętości i męskości. Kleszczor wbił się i uschnął. Był taki malutki i w takim miejscu, że 40 minut wyciągałam go i nic, jak siedział, tak nadal tam był. Potem wyrwałam mu rękawiczkami i część została w środku. Próbowałam igłą wyciągnąć i znowu porażka. Bo miejsce zaczerwienione i pewnie obolałe i pies bardzo niechętnie godził się na moje kombinacje. No nic, zdezynsekowałam i zostawiłam. Gandi zaczął kuleć i inne atrakcje, że to wszystko skończyło się u weta na antybiotyku, bo powstało zapalenie.
Ale już wczoraj oglądałam udo i strupek z resztą kleszcza odpadł i nastała sielanka.

Maksymalne możliwości wejścia Gazika do wody... ani centymetr głębiej

czwartek, 8 czerwca 2017

Planet Dog hit czy kit?

Markę Planet Dog zna chyba każdy maniak psich akcesoriów. Zabawki te są pachnące miętą, ładnie wyglądają i kosztują krocie. Są zrobione z miękkiej gumy, elastycznie się uginają w psim pysku, a rozmiarowo też raczej każdemu przypasuje. Można więc rzec, że zabawki idealne. A jak u nas się one sprawdzają?
My mamy aż, albo tylko 4 zabawki z planet doga. Niby mało, ale pacząc na cenę to i tak sporo pieniędzy na nie wydałam.


Pierwsza pojawiła się u nas planetka papikowa, rozmiar M, którą dostaliśmy do testowania. Byłam nią oczarowana, bo bardzo mi się podobała, a psy zwariowały na jej punkcie. Myślę sobie, że to piłka idealna, bo taką była przez długi czas. Obecnie jest poobgryzania, nie pachnie, ale pies nadal uwielbia ją memłać i nosić i aportować. Nie jest popękana i nie ma innych ubytków jak tylko te brakujące kontynenty, nie ma również zniszczeń widocznych przez psie zęby. Również piętno czasu nie odcisnęło się na niej, bo kolory też nie wyblakły. Dodatkowo bardzo fajnie leci po dalekim rzucie w moim wykonaniu. Nie lubię jej dorabiać sznurka, więc jest zwykłą piłką do aportu, którą pies mało chętnie wymienia na inną. W rankingu najlepsiejszych piłek jest w czołówce. 

Drugą planetkę kupiłam, gdy się okazało, że wygrałam rabat na zakupy w Toys4Dogs. Postawiłam na seniorkową. Poczytałam opinie, że psy kochają i jest bardzo fajna, to się na nią skusiłam. W końcu, jak robi taki szał, to jak mogłabym jej nie mieć. A co więcej, poszłam za tłumem i kupiłam rozmiar L. I faktycznie, jest duża, a nawet bardzo. Piłka ta jest bardzo miękka, jakby galaretkowata, ale nie jest lekka przez wielkość, dodatkowo nie leci już tak daleko. Czasami wypada psu z pyska jak za lekko chwyci czy jest ośliniona. Niestety kontynenty też się odklejają, a białe elementy nie zawsze są białe. Ale pies ma na takie detale wyrąbane i dla niego liczy się to, jak piłka leży w pysku. Mimo wielkości jest to najbardziej pożądana piłka z wszystkich. I tu wygrywa memłanie i dziamdzianie, a pieseł bardzo ociąga się, aby mi ją przynieść. Niestety Gandi tak się podkręca, że przynosi mi ją całą oślinioną, tak dobrze się ją gryzie. I mimo to, nie widać na niej żadnych rys czy tym bardziej pęknięć czy c. 




I trzecim zakupem były warzywka, które Poczwarusie dostały na urodzinki. Poszłam w nie w ciemno, skoro obie piłki bardzo dobrze sprawdziły się do memłania, to zaszalałam. Bakłażan i marchew pojawiały się u coraz większej ilości maniaków, więc byłam pewna, że i u nas się sprawdzą. Niestety, moim psom nie przypasowały. Owszem na początku był szał i fajerwerki, ale ta fascynacja szybko uleciała, a zabawki zamiast być używane, leżały w kącie.



Do aportowania się nie nadają, sznurka też nijak nie idzie przewlec. Także nie podniosę w ten sposób ich atrakcyjności. Ale można wsypać przysmaki/suchą karmę czy co tam do popularnego konga wrzucamy i pies musi się trochę pomęczyć, aby dostać się do dobroci. Pod tym względem wygrywają z kongiem, bo są elastyczniejsze i milsze w pysku. Jednak puste leżą i się kurzą. A materiał mają podatny na przylegający kurz, choć wystarczy wodą opłukać i są czyste. Cóż, ostatecznie ich nie sprzedam,bo jestem maniakiem i serce pękłoby mi, także od czasu do czasu będę kombinować, aby łaskawe państwo rzuciło przychylnym okiem na te zabawki. Ale kolorki i wygląd mają bardzo fajny. I rozmiar z tej serii Panet Dog to właśnie przypasowały marchew i bakłażan. Może wygodniejsze byłyby karczoch czy truskawka? nie wiem, ale przejechałam się na tych dwóch i więcej raczej nie kupię, mimo bardzo ładnego wyglądu. No i nie ma co, chociaż na zdjęciach się ładnie prezentują, a to zawsze jakiś plus. Mimo okazjonalnego dziamdziania, nie są zniszczone, więc to też jest zaletą, bo mieliśmy też takie zabawki, gdzie pies ledwo wziął do mordy i się rozleciała.

Ostatecznie planetka dla szczeniaków i seniorów to był strzał w dziesiątkę. Jedne z najlepszych nabytków. Co więcej, z biegiem czasu nie traciły na atrakcyjności. Natomiast przy warzywkach się grubo pomyliłam. Będąc pewnym jakie moje psy mają preferencje i praktycznie każda zabawka jest brana do pyska, posłuchałam opinii innych. I tu moje psy pokazały mi, że bez względu na wszystko, nie wszystkie zabawki im pasują. A te warzywka może spodobają się kolejnym moim czworonożnym pociechom...w końcu u wielu psów się sprawdzają. Zobaczymy. Nauczka na przyszłość? pewnie nie, bo ja uwielbiam kupować psie zabawki.
I znajdę idealne do memłania w domu, na wyciszenie. Taki mam teraz cel.

środa, 3 maja 2017

Seminarium z p. Agnieszką Boczulą

Także byłam, widziałam, zobaczyłam i wyciągnęłam bardzo dużo wiedzy. Ale zacznijmy od początku...

Na szkolenie psów byłam obrażona kilka ostatnich miesięcy, a nawet lat. Po ciągu niepowodzeń, gdzie miałam problem z psem, a szkoleniowcy nie potrafili/nie chcieli mi pomóc. Odpuściłam temat całkowicie, wysiadłam. Ot zaszyłam się w naszym ogrodzie, naszej bezpiecznej przystani, tupnęłam nóżką i postanowiłam nie jeździć na szkolenia.

I tak sobie żyłam z psami... Aż nadszedł styczeń i odszedł Ciapek. I stwierdziłam, że coś muszę zrobić. I tak wpadło mi w oko, że będzie zorganizowane seminarium pod Poznaniem z p. Agnieszką Boczulą. Nazwisko bardzo znane w Owczarkowym towarzystwie, także zanim dobrze podjęłam decyzję to już miałam głosy, że WARTO. No to się zapisałam, a dopiero potem sobie pomyślałam, co zrobiłam. No i pojechałam jako obserwator, uzbroiłam się w zeszyt i długopis i muszę powiedzieć, że to była jedna z najmądrzejszych decyzji.

Poznałam nowe osoby, z którymi można godzinami rozmawiać o psach. W końcu psiarz z psiarzem się dogada. Spotkanie z różnymi psami, które wymagają innej pracy i podejścia, a jednocześnie każdy z nich chciał współpracować z człowiekiem. Taka fajna odmiana, jeśli ktoś siedzi tylko w Owczarkach Niemieckich.

A jeśli chodzi o wiedzę, którą wyciągnęłam to takie podejście do psa, aby każdy zrozumiał ( i pies i człowiek), o co chodzi. Aby też szkolenie było jak najbardziej zbliżone do naturalnego. Wytłumaczenie psu najprostszą drogą, aby wiedział co i jak ma zrobić, a przy tym wytłumaczenie nam, ludziom, skomplikowanego mechanizmu, co tam piesek sobie w główce myśli. I często to bywa tak, że nam się wydaje coś innego, a pies wyraźnie pokazuje, co jest nie tak. Każdy problem był przeanalizowany, znalezienie rozwiązania i przede wszystkim przećwiczenie tego. Czyli po prostu praca, praca i jeszcze raz praca z psem. Na tym to wszystko się opiera. Połączenie teorii z praktyką. I co najważniejsze, aby dobrać metodę do psa, a nie odwrotnie. Niektóre rzeczy wykorzystam i wprowadzę do moich łosi.

Część rzeczy znałam i stosowałam jak Gandi był mały, czyli nakręcanie na zabawkę, samą zabawę czy uczenie prostego chodzenia przy nodze. W każdym razie, cały przekaz był dla mnie jasny, bo podstawy w podejściu do psa znałam. Ale też były dla mnie nowości, których nie znałam i w życiu nie spodziewałabym się, że to jest tak istotne w szkoleniu psów.

Do tego p. Agnieszka jest osobą bardzo otwartą na pomoc innym, doradzi i porozmawia. Bardzo się cieszę, że zdecydowałam się na to semi, bo spędziłam bardzo efektownie ten dzień. Pojechałam z pewnymi dylematami i dostałam bardzo cenne rady. Widziałam też metody szkoleniowe i radość psów, że współpracują z człowiekiem, jaka to jest wielka radość psio-ludzka. I ciągłe szkolenie, polepszanie relacji, kombinowanie, spędzanie wspólnego czasu, który jest podparty na dobrociach, ale w zaawansowanej formie, że aż mi się łezka zakręciła. Także chyba wracam do ćwiczeń. A nie tylko pitu, pitu, żeby coś porobić. Bo i mi tego brakuje, jak szlifowałam posłuszeństwo i psu, który aż się pali, aby coś porobić. Do tego muszę postawić z Gandziochem na socjal. I koniecznie zacząć pracę nad aportem regulaminowym, bo aż wstyd się przyznać, nadal leży on nie ruszony. Wiem, wiem, powinnam to zacząć już dawno, ale brakło mi chęci i motywacji. A teraz muszę się za to wziąć, jak jestem na fali. Złapałam też bakcyla i kusi mnie zapisanie się na jeszcze jakieś fajne semi, których jest coraz więcej. Warto zdobywać wiedzę i być otwartym na nowe rzeczy. Także polecam wszystkim, jeśli ktoś ma możliwości i chęci to naprawdę warto.

Nooo, a moje pieski zostały w domu i intensywnie leżakowały.

środa, 26 kwietnia 2017

Choroba nie wybiera

Tak to zazwyczaj jest, że jak jest dobrze to to szybko się sknoci i jest źle. Można nawet rzec, że już się przyzwyczaiłam, że co jakiś czas odwiedzamy naszą Panią weterynarz, pewnie z obawy, aby o nas nie zapomniała. Część zabiegów sama przy psach robię, ale z znaczną większością jednak pędzę do naszej Pani doktor. Lepiej dmuchać na zimne, bo im dłużej zwleka się z jakimś problemem to on się powiększa. I później zamiast naderwanego pazura mamy poważne zapalenie.

W pewną sobotę rano Ciapek spał jak zwykle u mnie na łóżku. Zwinięty był w kulkę w rogu łóżka i nic nie zapowiadało problemów. Aż chciał się rozciągnąć i skończyło mu się łóżko.Po prostu z niego spadł, dość nieszczęśliwie, bo na kręgosłup. Wstał, otrzepał się i z powrotem hycnął na wyrko. I było normalnie. W weekend były małe epizody jak to, że rozpędził się i nie trafił na rodziców wyrko czy przy zbieganiu z schodów, poplątały mu się łapki. Zrzuciliśmy winę na wiek, no i to nie był pierwszy raz jak w przypływie szału coś mu nie wyszło.

Aż nadszedł poniedziałek, a mój Ciapuś był nie wyraźny. Chodził zgięty w pół, a raczej leżał, bo chodzenie sprawiało mi bardzo dużo bólu, trząsł się, nie jadł, nie pił, stękał, jak go dotykałam. Pojechaliśmy do naszej Pani doktor i po badaniu dostał zastrzyki i tabletki do domu. Po prostu stłukł sobie kręgosłup.
Prześwietliliśmy kręgosłup, zbadaliśmy krew.I jedynie wyniki wątroby były trochę podwyższone.

I się zaczęło. Moje miejsce na spanie zostało przeniesione na dół, porozkładane psie kocyki i co chwilę wychodzenie na dwór.

Jak się polepszyło to wróciliśmy do mojego pokoju. Ale leki się skończyły a pies nadal miał nie prawidłowy kręgosłup. Kolejne zastrzyki i była lekka poprawa. Tzn. był zwolniony i nie chodził idealnie, ale trochę się kręgosłup wyprostował tzn. nie był już zgięty w pół.

Potem zauważyłam problemy z główką, była przekrzywiona na prawą stronę, oczko było dziwne. Tzn. nie mrugał nim, nie widział na nie, nie wodził wzrokiem za przedmiotem. I prawa tylna łapka zawodziła. Najpierw była opcja, że coś ma w uszku, ciało obce. Ale dostał głupiego jasia, dobrze oglądnięte i tylko kilka kłaczków było. One nie spowodowałyby takich problemów. Czyli problem neurologiczny. Przy okazji miał zrobione USG, obcięte pazurki, pobraną krew. Wskaźniki wątroby spadły i były prawie w normie. Okazało się, że miał trochę otłuszczoną wątrobę, co jest normalne w tym wieku. Czyli wszystko OK.

I w ten sam dzień, Ciapek miał pierwsze dwa ataki padaczki. Wieczorem w środę 4 stycznia. Pierwszy trwał ponad 10 minut. Przez 10 minut psa wyginało w różne strony, z pyska leciały litry śliny. Ale doszedł do siebie, po dwóch godzinach, na spacerze był kolejny atak. Dostaliśmy kolejne leki.

I przy każdej stresującej sytuacji byłą obawa, ze znowu dostanie ataku. Kolejny pojawił się, jak goście pojechali. Potem były delikatniejsze, bo czasem wyginało psu głowę do tyłu i miał wzrok rozbiegany. Po zakryciu oczu ręką, szybko dochodził do siebie. Takich incydentów było sporo. Czasem wiedziałam, że ma atak, bo głową w coś uderzył, ale to trwało z 3sekundy.

Skoro ataki pojawiały się, jak pies się zdenerwował to dostawał tabletki na uspokojenie, dość silne. Chodził pijany. Wpadał na ścianę, na choinkę. Chore oczko ropiało, i wpadały mu igliwia. Cały czas nie chodził po schodach, z czasem progi w domu były problemem.

Nie jadł niczego twardego jak karma, więc dostawał gotowane jedzenie, od końca grudnia.I to z ręki, bo miał problem z jedzeniem z miski. Głowa mu kiwała się na strony, trafienie w jedzenie nie było najłatwiejsze. Ale apetyt mu dopisywał, zjadał śniadania i kolację i mogę powiedzieć, że w sporych ilościach.

Mniej więcej od czasu ataków padaczki doszły trzęsiawki. Były mrozy i po każdym powrocie z dworu pies trząsł się, zawijaliśmy go w kocyk i w jakąś moją bluzę i czekaliśmy aż się uspokoi.

Później znowu wrócił wygięty kręgosłup. Pojechaliśmy do innego weta, który stwierdził porażenie prawej strony pyszczka, że na to oczko nie widzi, a drugie też nie najlepiej. Ogon klapnął. Z chodzeniem było gorzej. Miał jakby sztywność karku, bo nie mógł się położyć wygodnie.
I kolejne leki.

W czwartek nawet nie cieszył się, że Pańcio przyjechał, nawet głowy nie podniósł.

W piątek rano tj.20 stycznia, wyniosłam go na dwór, zrobił dwie kropki, siku i wróciliśmy do domu. Położył się i juz nie wstał, nie reagował. Pojechaliśmy do weta i skoro pies je (rano i wieczorem po gotowanym skrzydełku indyka), robi siku i koopę i co najważniejsze, chodzi. Zrobił 3 kroczki w gabinecie to dostał 4 zastrzyki i dalsze leczenie.

Była poprawa, ale nie na długo.

Niestety w niedzielę wieczorem, wlazł pod suszarkę z ubraniami i dostał atak. W poniedziałek rano kolejny. Zrobił siku i leżał. O 12.45 dostał bardzo silnego ataku padaczki, pierwszy raz skomlał i piszczał, do tego oddał mocz. Jak już wrócił do siebie to oczy miał nieobecne, leżał na kocyku i zero reakcji. Dosłownie po godzinie było taki sam atak. I już nie było żadnej reakcji. Leżał jak warzywko. Nawet oczami nie ruszał. I podjęliśmy najgorszą decyzję, pozwoliliśmy mu odejść, przy nas, w jego domu, na naszych rękach,

On tak strasznie cierpiał...

O. 14.40 jego serce przestało bić...


I tak w niecałe 1,5 miesiąca z zdrowego psa, pełnego energii i chęci do życia zrobił się totalny wrak. Bardzo szybko się zestarzał. I odszedł od nas.

To nie jest tak, że od samego początku po równej pochyłej się staczał. Nieee, były poprawy. Kręgosłup przestał wystawać, poprawiało się z chodzeniem, nawet główka się wyprostowała, ogonkiem zaczął machać. Raz nawet wszedł po schodach do góry. Dlatego ciągle się pocieszaliśmy, że z tego na pewno wyjdzie. Przecież są poprawy. Był czas, ze ataki się uspokoiły, zaczął więcej jeść, bo np. zjadł 1,5 skrzydła na jeden posiłek. Jak przy sikaniu podnosił łapkę, jak pogryzł twarde psie ciastko. Jednak choroba postępowała, najpierw jedno oczko, potem drugie. Wyniki miał dobre, bo kręgosłup ostatecznie był zdrowy, narządy przy badaniu USG prawidłowe, ciut tylko wątroba otłuszczona. Nawet wyniki z krwi, gdzie wskaźnik wątroby był ciut podwyższony wrócił bliżej normy.
 Przez problemy z chodzeniem obijał się o ściany, meble. Przez sztywność karku nie mógł wygodnie się położyć.Tylko bardziej rzucał się na podłogę. Przy atakach padaczki też obijał się. Na dworze czasem chodził w kółko, zanim dopiero wystartował na prostą. Chodził powolutku, potykał się i przewracał. Był ciągle asekurowany. Wszystko było zdrowe, oprócz głowy. Im dalej w las, tym miał więcej książkowych objawów guza mózgu. Przy delikatnym głaskaniu po głowie widać było, że głowa go boli, a dotyk trochę mu pomagał. Najbardziej zmyliło mnie zachowanie psa. Byłam pewna, że przy guzie mózgu pies będzie wykazywać agresję do otoczenia. A u nas było odwrotnie, stał się spokojniejszy, nie reagował agresją na nic, czy to ktoś do domu wszedł, czy u weta czy w jakiejkolwiek innej sytuacji.
Aby potwierdzić czy to był na pewno guz, trzeba byłoby wykonać specjalistyczne badania jak rezonans czy tomografia. Nie zdążyliśmy. Została jeszcze jedna opcja, a mianowicie sekcja zwłok, ale nie chciałam. 

Niech biega szczęśliwy i bez bólu w Tęczowym Moście.

Czułam się zobowiązana, aby takiego posta stworzyć. Pierwszy post na naszym blogu bez zdjęcia...

środa, 5 kwietnia 2017

Psie imprezy

Przy okazji niedawnych urodzin Soni i Gazika, chciałam poruszyć pewien temat. Ot moje przemyślenia, które chciałabym sobie jakoś uporządkować.

Czy kupowanie psu prezentów, pieczenie tortów i świętowanie z psem to gruba przesada, zaspokojenie własnych ambicji czy potrzeba serca?

Jasne jest to, że pies nie wie, że to akurat dzisiaj wypadają jego urodziny, ba on nawet nie wie co to jest. Także, jeśli ktoś tego dnia nie świętuje to psu przykro nie jest.



Jedni kupują multum obroży, szelek, zabawek i smaków. Drudzy wezmą psa na długi spacer, wyczochrają za uszkiem, poleniuchują razem na kapanie przed telewizorem. Inni zrobią kompleksowe, coroczne badania psu. W sumie ogranicza nas tylko wyobraźnia. Pytanie czy pies z wszystkiego się jednakowo cieszy czy po prostu urodziny to tylko pretekst, aby samemu sobie coś kupić.

Wiadome jest, że psu jest bez różnicy jakie szelki czy smycz będzie na dzielni nosił. O ile tylko nie powodują u niego dyskomfortu. Ot czy to będzie kolejna para szelek, różniąca się kolorem, dopasowania do najnowszych trendów czy to za miliony monet, jeśli psu będzie wygodne to będą mu się podobać. Albo wręcz odwrotnie, jeśli pies nie lubi szelek to i kolejne go nie uszczęśliwią. Także moim zdaniem, akcesoria spacerowe są dla nas prezentem. Jednocześnie fajnie jest kiedy pies ma coś znoszone i dostaje coś nowego.

Ale jeśli rzecz idzie o smaki czy zabawki, czyli coś, co pies sam z siebie korzysta jest moim zdaniem właśnie prezentem dla psa. To sprawia mu o wiele większą radość tzn. widzę to po moich psiakach. Wow, nowa zabawka... łaaaał. A jedzenie gryzaków, które dostają okazyjnie to mniamciuuuu, pychotka. To u nas największy szał robi, także wiem w co u nas trzeba celować. I tu już psu jest obojętne czy zabawka będzie droga, znanej firmy czy samoróbka w domu typu piłki bosmanki, maty węchowej czy łamigłówek. Tak samo mogą to być gryzaki suszone kupowane w wyspecjalizowanych sklepach czy wykonanie własnego tortu czy jakiegoś przysmaku, gdzie przepis można bez problemu znaleźć w internecie.

Dla psa nie jest ważne ile wydaliśmy na jakąś rzecz, ale doceni nasz wysiłek. Albo też nie, jeśli nie trafimy w preferencje psiaka np. zabawką, która nie spodoba mu się. Także tu sprawdzi się to, na ile znamy psa. Tak samo, albo bardziej będzie szczęśliwszy, jeśli poświęcimy mu dużo czasu, wspólnego czasu, gdzie jesteśmy tylko MY, czyli ja i pies. Tak niewiele a tak dużo. Bo to jest najważniejsze dla psa, bo po to urodził się pies. Aby być blisko człowieka.

Wykonywanie badań kontrolnych to jest temat dość drażliwy.  Nie każdy je robi, nie każdy chce, a to tyle pieniędzy kosztuje itp.Ale zamiast czasem kupować pięćdziesiątą obrożę to lepiej psa przebadać. Wszak zdrowie jest najważniejsze.

W takim razie czy poprzez sprawianie psu niespodzianek jest bardziej uczłowieczaniem psa?
W pewnym sensie tak, to jest domena ludzka świętowanie ważnych wydarzeń z życia. Ale czy w tym przypadku dzieje się komukolwiek krzywda? NIE. Psu nie dzieje się krzywda jak dostanie psi tort, rzeczy przeznaczone specjalnie dla niego czy zostanie mu poświęcony czas. Ba, wtedy pies jest zadowolony, szczęśliwszy. Dlatego zachęcam do celebrowania każdej uroczystości.

Ja nie neguję żadnej postawy o ile psu nie dzieje się krzywda. Sama uwielbiam sprawiać prezenty moim psom, mam z tego ogromną radość, a jak pies się z tego cieszy to cel jest osiągnięty.

W tym roku urodziny sponsoruje planetdog
Jednocześnie nie rozumiem ogólnego sprzeciwu społeczeństwa, że jestem dziwakiem czy innym wynaturzeniem, bo to pies jest. Bo pies nie rozumie, że ma urodziny. Owszem, ale cieszyć z podarunku to się potrafi. Czy na prawdę ludzie nie mają innych zmartwień, tylko wyrażanie swojej opinii, jeśli ktoś po prostu różni się od innych? Bo ma inne spojrzenia na psa. Gdzie pies to pełnoprawny członek rodziny a nie tylko na łańcuch i do budy.

Dlatego moim zdaniem, świętowanie z psem jest bardzo fajne i miłe. Pokazuje jak człowiek jest silnie związany z psem, że to nie jest tylko pies jako istota żywa, ale to jest przede wszystkim nasz przyjaciel.

No i najważniejsze, o ile jest to wszystko robione z potrzeby serca, że chce się psu zrobić przyjemność, a nie tylko po to, aby na FB można było się pochwalić, jak to Pimpuś jest rozpieszczany. Bo nie ma nic gorszego, jak bycie nie szczerym, jak robienie wszystkiego tylko i wyłącznie pod publikę, aby czekać na poklask.

I chcę zwrócić uwagę, że nie liczą się tylko kosztowne rzeczy, bo dla kogoś, a w szczególności dla psa zamiast kupowanie kolejnej zabawki ważniejsze jest wspólne spędzanie czasu i to należy uszanować. W żadnym wypadku negować czy krytykować.

I najważniejsza kwestia! ja jestem (jeszcze) młoda, obracam się w młodym towarzystwie, więc rozpieszczanie psa jest naszą domeną. Nie wiem czy za parę lat, jak dopadnie mnie szara, zwykła rzeczywistość to czy nadal będę pamiętać o psich urodzinach. Tak samo, jeśli moje stado powiększy się o kilka psów, czego nie planuję, ale życie pisze różne scenariusze to czy będę o tym pamiętać? nie wiem. Tak samo, jak byłam młoda i nawet nie pomyślałam, kiedy psy miały urodziny. No wstyd, jednak na moje wytłumaczenie jest fakt, że prezenty psiaki dostawały bez okazji.  Ale święta bożego narodzenia są hucznie reklamowane co roku, więc mam nadzieję, że o tym nie da się zapomnieć.

A jak jest u Was? Świętujecie psie urodziny? kupujecie prezenty czy raczej wolicie fajnie spędzić czas? Albo myślicie, że to fanaberia jest?

czwartek, 23 marca 2017

Puppy Day

Dzisiaj jest puppy day! Także wszyscy wstawiają zdjęcia uroczych szczeniaczków. Jest słodko, milo, biegają jednorożce. I wracają też wspomnienia.

I było szczanie w domu, grubsza sprawa też się zdarzyła. Były radości i jeszcze więcej łez. A bo szczeniak nieznośny, a to zjadł najlepsze buty. Człowiek się pyta, po co mu to było. Z każdym szczeniakiem uczymy się czegoś nowego, nasze życie już nigdy nie będzie takie samo.
Ciapek i Sonia, czyli maj 2009r.

Przyjeżdża do domu szczeniak, który jest jak biała kartka. Mamy wiele planów, marzeń i całe życie przed sobą. Gotowi jesteśmy zdobywać góry. Niestety życie wszystko weryfikuje, czasem boleśnie a czasem nas zaskakuje. W końcu kto pomyślałby, że ten szczeniak,który trafia do nas i ma być psem kanapowym ma w sobie potencjał i uwielbiać będzie zabawę w psie sporty. Jednocześnie piesek wychuchany, okaże się, że życie sportowca nie jest dla niego.

Wzięło mnie dzisiaj na przemyślenia, gdy oglądałam szczeniaczkowe zdjęcia moich psów. Jak bardzo się wszystko zmieniło na przełomie tych lat. Jak sama się zmieniłam. I już wiem, że bardzo wiele zawdzięczam psom. Jednocześnie dociera do mnie fakt, że wcale nie mamy tak wiele czasu dla siebie jak nam się wydaje. Zawsze staram się dużo spędzać czasu z psami czy to na zabawie, spacerach, uczeniu się czy po prostu na leżakowaniu, a czas jakby przelatywał mi przez palce.

Obserwuję też innych ludzi i często się mówi, że później, kiedyś, coś się zrobi. Przecież mamy tyle czasu, że na pewno pozwiedzamy jeszcze jakieś lasy, ścieżki. Dzisiaj nie mamy dla psa czasu, ale spokojnie nadrobimy to. To, że dzisiaj pies jest zaniedbany pod względem czułości, bo nie ma czasu na długi spacer, nie chcemy teraz się nim zajmować, niech leży w legowisku a nie ciągle przychodzi, aby go głaskać. Jak krzyczymy, bo pobrudził nowe spodnie. Jak często jest żal do psa, że nie słucha, jak jesteśmy na psa źli. I tak mijają dni, potem miesiące. Przecież uporamy się z pracą, wyjdziemy na prostą, no przecież znajdziemy kiedyś czas dla psa. Tylko, że to nie jest tak.Tego psa może już nie być...
Ciapek i Gandi, maj 2012r.

Czas leci bardzo szybko, sama nie mogę uwierzyć, że przecież jakby to było wczoraj, przyjeżdżały małe i niezdarne kulki. A wyrosły na duże i przypuśćmy, że mądre psy. Zawsze staram się dla nich jak najlepiej. Jednocześnie szlag mnie trafia, jak bardzo ludzie nie szanują swoich psów.

Dlatego dzisiaj chciałabym, że zamiast zachwycać się szczeniakami, które można kupić, że słodkie, fajne i same superlatywy. Pomyśleć, zastanowić się czy biorąc szczeniaka pod dom, będziemy go zawsze kochać i będziemy mieli dla niego czas. Owszem plany sobie, a życie sobie. Dlatego najważniejsze jest, aby nie zapominać o swoim  najlepszym i najwierniejszym przyjacielu, psie.

Mały i pocieszny Ciapek.

Dzisiaj mija też 2 miesiąc jak odszedł Ciapek. Też mówiłam, że mamy czas na wiele wspólnych rzeczy, a choroba przyszła i zrobiła szach mat, los z nas zadrwił... Także żyjmy chwilą, tu i teraz, bo tylko to się liczy, nie zostawiajmy przyjaźni na później.

To rzucę jeszcze parę Gazikowych słodkości <3




 

 

poniedziałek, 13 marca 2017

Bezkrólewie

Po śmierci Ciapka w domu było pusto i smutno, wręcz nie znośnie głucho i zimno. Toteż sprowadziłam do domu poczwarusie, a co. Fakt, że będą w domu siedzieć tylko jak ja w nim jestem to i tak dobrze. I tak owczary wpadają na śniadanie, potem wychodzą kilka razy na sik-kupa, a tu na zabawy z piłką,a tu na spacerek a potem wracają i siedzą aż do kolacji i odpoczynku po niej. Spać chodzą do kojca. Totalne szaleństwo.

Ale moje psy umieją się zachować w domu, więc problemu teoretycznie nie ma. TEORETYCZNIE :D

Kiedy odszedł Ciapek, Gandi obrósł w piórka, zapanowało bezkrólewie. W jego mniemaniu nikt (pies), go nie skarci, pies zamieszkał na salonach i chyba zapomniał, że nadal waży prawie 40 kilo. Teraz to on rządzi na dzielni (tiaaa).

Zawsze dążyłam do tego, aby pies w domu wiedział co ma robić, czyli iść spać albo dziamdziać sobie piłkę, którą ode mnie dostanie.  Żadnych szaleństw, gonitw, zaczepiania i ogólnego pajacowania. Sonia skumała bardzo szybko te zasady, wręcz chyba nawet za bardzo wzięła sobie je do serca, bo jak tylko wejdzie, zje śniadanie i zapozna się czy nie ma czegoś jeszcze do zjedzenia. Później idzie na kocyk, pada i zapada w sen. Sen tak twardy, że nic jej nie obudzi.  Chwilami chrapie jak ogromna smoczyca. Ona nawet miejscówki nie zmieni. Czasem tak cicho śpi, że zapominam, że ona tam w ogóle jest.
Zawsze pozabiera wszystkie zabawki

Ale Gandi miał zawsze problem z wyciszeniem się. I ogarnęliśmy temat. No, ale to jest Gandi i niczego nie można być pewnym. On musi zmęczyć szczękę, dlatego dostaje czasami piłkę do dziamdziania i on memła dobrą godzinę, aż mu nie zabiorę. Czasami uprawia dzikie przebiegi po korytarzu. Ale  na ogół ŚPI.
Jak był Ciapek to miał leżeć i się nie ruszać, jedynie to kursowanie do miski i z powrotem. Zaczepiania nikogo nie było. Musiał nad sobą panować, podchodzenie do Pańci też było kontrolowane, bo zawsze obok mnie był Ciapek, który wyraźnie mówił, co mu wolno a co nie. Ciap próbował pilnować mnie, jako zasobu, więc tu musiałam być bardzo czujna i zawsze reagować. I głaskanie było na moje zawołanie i na moich zasadach, a wszelkie samowolki były ukracane.
Jak zmęczyć psa i samemu się nie namęczyć? Dać mu napełnioną smakami marchewkę ;)

Teraz się u nas zmieniło. Mój najmłodszy poczwar nie dość, że zapomniał o dobrych manierach to ja mu na to haniebnie pozwoliłam. Jest upierdliwy. Gandi przynosi mi piłkę i kładzie ją na moich kolanach. Jak siedzę przed komputerem to wciska wielki łeb pod rękę, abym go w tej chwili głaskała. Albo łeb wpycha mi pod pachę, bo brakuje mu czułości. Czasami jak leżę na łóżku to co przejdzie koło mnie, a musi wtedy nadzwyczaj często koło mnie kursować, to musi mnie liznąć. Zaczepia mnie do zabawy, przynosi różne znaleziska do ręki. A jak już pozwolę wejść na łóżko to jest mega szczęście i wtedy to dopiero się zaczyna. Rozciąga się, przeciąga, okręca, przekręca, głupieje totalnie. I znowu buch, włazi na mnie, łapy podaje. I co najdziwniejsze to jak leżę sobie pod kocykiem i go zawołam to po rozprostowaniu łap i jako takim ułożeniu się, czyli ja jestem już na półdupku, kładzie się i zasypia. Ani mu gorąco nie jest, ani nie wygodnie. Ot leży pół na łóżku, pół na mnie i śpi. Jaśnie Panicz, któremu zawadzi ziarnko grochu po pupcią, nie zwraca uwagi na niedogodności. Pies kojcowy, który ma zimowe futro, aby chroniło go przed mrozami. Zawsze po godzinie przebywania w domu dyszał i sam z siebie chciał wyjść. Baa, najlepsze jest to, że jeden z koców jest przy samym kaloryferze i Gandi śpi na nim, przyklejony na całej długości do ciepłego kaloryfera. No wszystko mu się poprzestawiało.Już wcześniej był z Gazika przytulak, ale teraz to on nic innego nie robiłby. Oho, a jak Pańcia pozwoli to i na kolana się wdrapię, a co mi tam. Także dopóki nie zakrawa to u niego o problemy to pozwalam na samowolki. Jednak jak widzę, ze ma problem z emocjami to pomagam mu i wtedy nie ma szaleństw, głupawek i innych dziwactw. Sama naginam mu te zasady.
Na łóżko miał wstęp tylko Ciapuś... Dom to były jego włości, a Poczwary to tylko goście, którzy musieli się dostosować. A teraz jest jak jest. Zastanawia mnie czy Gandi był przez Ciapka trzymany twardą łapą i on się dostosował, czy to było zgaszenie Gazika. Podejrzewam, że to pierwsze, bo mimo wszystko Gandi nie odpuścił i musiał Ciapka denerwować. I chyba jednak ja mu teraz też pofolgowałam, jak miałam ten ciężki czas. W końcu bardzo mocno to przeżyłam, więc mimowolnie czy podświadomie naginałam moje zasady...
***
I razu pewnego zostawiłam towarzystwo śpiące, a ja poszłam do kotłowni na 15 minut! Do pomieszczenia obok, gdzie psy się wylegiwały, tylko tu zamknęłam drzwi za sobą. Wracam i co? kocyk przememłany, frędzelki odgryzione, ale to nic. Kocyk jest stary i psi, to nie wadzi. Ale ja paczę, a w legowisku jest pogryziony babci but. Nie wiem, który pieseł tak zaszarżował. Teoretycznie Gandi odważyłby się na to, ale po wejściu i chwilowym zamieszaniu do legowiska poleciała Sonia. Skruchę też okazała suka, ale ona wyraża winę za wsio, co w domu jest przeskrobane (na dworze ma wyrąbane na wszystko). Gandi zlewka totalna. Nic, buta zabrałam i palcem pogroziłam. I do dzisiaj zagadka jest nie rozwiązana, którego psa poniosło.
Tak, przememłałem ten koc i tak, jeszcze nie skończyłem z nim

Ostatnio łoś ma problem z kotem Szczepanem. Konflikt jest dość napięty, a atmosferę można kroić nożem. Sonia kotełom na dworze nie odpuści, ale jak śpią na krześle to je minie i idzie na dwór. Za to Gandzia daje czasu. Wącha kota, staje nad nim, pręży się, kładzie na nim mordę. Nie wiem, kot ma przed nim paść na klęczkach, bo to oto wielki Pan jest? Kot ma psa w doopce i wskakuje sobie na wyższy poziom drapaka i gdyby tylko umiał to pokazałby środkowy palec. Czasem sobie kotek siedzi na parapecie za oknem, a Gandi w kuchni i jest pojedynek na wzrok. Żaden nie ustąpi. Kot chce wejść do domu, bo drzwi są zamknięte toteż glampi się do domu, a Gadni? chyba ego na zbyt wielkie i kozaczy :P 

Jesteśmy tacy grzeczni

środa, 22 lutego 2017

Recenzja BARF Ekspert

Już nie raz pisałam, że moje poczwary są na BARFie, jednak zawsze sama kupowałam produkty w okolicznych sklepach i potem dzieliłam, pakowałam i sama układałam jadłospis. Kiedyś trafiały mi się gotowane mieszanki, ale wspomnienia miałam nie za dobre. Kiedy dostaliśmy propozycję testowania mieszanek od BARF Ekspert to się zgodziłam, cóż spróbować można czegoś innego.
I właśnie skończyliśmy testować gotowe mieszanki BARFowe od BARF Ekspert. Jesteście ciekawi jak to u nas wyglądało? no to zapraszam na recenzję.

Przyjechał do nas taki karton, wielki i ciężki:


Paczka przyjechała z Niemiec,w ustalonym wcześniej terminie, więc kawałek drogi to nasze jedzonko przemierzyło i się zastanawiałam w jakim stanie będzie i jak zabezpieczone. A to proszę, w środku kartonu było pudło styropianowe, a w nim zamarznięte paczki jedno kilogramowe. Te kostki surowizny na prawdę były lodowate.
Tyle dobrooooci
Nasz zestaw testowy zawierał:
2 kg mięsa drobiowego
2 kg mięsa drobiowo-wołowego
2 kg Mix Energii
2 kg Mix wołowy
1 kg energetycznego menu z ziemniakami
1 kg kurczaka z ryżem
1 kg zielonych żwaczy
1 kg ksiąg

Dla mnie BARF to podawanie surowego jedzenia, bez dodatków i przetwarzania. W otrzymanych paczkach pojawia się ryż i ziemniaki, jako wypełniacz. Osobiście nie mieszam surowego i gotowanego, a jak już podaję ryż to razem z gotowanym mięsem. Ale wiem, że różni ludzie podają różne miksy, także jeśli ktoś jest zwolennikiem takiego karmienia i to psu służy to mi nic do tego. Ja owe paczki psu podałam, smakowało i nie było rewolucji jakichkolwiek z tego tytułu.

Wszystko wpakowane do zamrażarki i tylko wyciągać i podawać psim łakomczuszkom,. I muszę powiedzieć, że to mega wygodne. Bez biegania po sklepach, czy akurat jest coś, co nas interesuje do kupienia, bez krojenia, bez paćkania się z tym pół dnia, bez brudu i okaleczeń. Normalnie to luksus, zwłaszcza dla osób, które nie mają czasu czy chęci, a chcą karmić psa surowym jedzeniem.


Paczka po rozmrożeniu tak wygląda. Czyli bierzemy nóż, rozcinamy i pakujemy do miski.

Miałam już doświadczenie z różnymi mieszankami innych firm i nie byłam zadowolona. I ciągle coś nam nie przypasowało, od moich odczuć do nie chęci psa do zjedzenia. Sonia, mój wszystko i zawsze żerny pies nie raz kręcił nosem na mieszanki, a tu wszystko zajadała z wielkim smakiem. Jedynie tam, gdzie była sama wołowina, musiałam jej dosmaczyć, dwoma malutkimi kawałkami innego mięska i wszystko wylizane do czysta było.


Każda paczka była dokładnie opisana, niestety w języku niemieckim i angielskim. Warto byłoby pokusić się o polskie tłumaczenie, w końcu produkt wchodzi na nasz rynek.
Niestety, oprócz samodzielnego tłumaczenia tekstu został też jeszcze jeden problem. Mianowicie, po przetłumaczeniu to 100% kurczaka z kością i chrząstką. I teraz nie wiadomo, jaki procent to mięso, jaki kości i chrząstki. I pytanie czy są tam podroby czy ich nie ma. Wielka szkoda, bo byłoby wiadomo czego ile jest i jak skomponować jadłospis, aby pies dostał wszystko czego potrzebuje.

Każda mieszanka ma opisany skład, rodzai jest dużo, także istnieje różnorodność. W naszym pakiecie dominował kurczak i wołowina.
Plusem jest długi termin ważności, tutaj mamy 1,5 roku.

A tak to zacnie w miskach wygląda, dla ludzi o mocnych nerwach. Zapach też jest intensywny.


Jedne mieszanki są bardzo drobno zmielone, inne grubiej i można dopatrzyć się większych kawałków. Moje poczwarusie zjadały z wielkim smakiem, kupki były wzorcowe, żadnych problemów nie było. Ba Gazikowi tak zasmakowało, że jak dostał kawałki mięsa i chrząstek to jeść nie chciał. Pańcia, zmiel mi to, bo ja się wygodny nauczyłem.

Oczywiście to są same mieszanki i o resztę trzeba samemu się zatroszczyć jak suple czy warzywa i owoce.


Na stronie można zakupić pojedyncze produkty i samemu stworzyć psu jadłospis, ale są także gotowe pakiety.  Z wszystkimi szczegółami można zapoznać się TUTAJ. Mieliśmy bardzo dobry kontakt, wszystko przyjechało do nas tak, jak to było uzgodnione. Dla mnie niestety cena jest bardzo wysoka i mnie nie stać na takie karmienie dwóch mordek, zwłaszcza, że niema dokładnego składu co psu podaję. Jednak bardzo się cieszę z przetestowania tych produktów. Poznałam nową firmę, która wchodzi na nasz rynek, że są mieszanki, które zjada z apetytem Sonia.

I jeśli ktoś ma ochotę to zapraszam na filmik ;)

ps. mieszankę podawałam z rozpuszczonymi suplami na stawy.

piątek, 10 lutego 2017

Ślinotok

Wczoraj Sonia i Gandi dostały na śniadanie surowe mięsko z małym dodatkiem kostnym oraz suple. Czyli nic nadzwyczajnego, praktycznie to co zawsze. Po posiłku posprzątałam miski, usiadłam się przed komputerem i słyszę mlaskanie. Patrzę na Gazika, a on ciągle się oblizuje, bez przerwy macha jęzorem po całym pysku. No nic, oglądam mu ten pysk, otwieram paszczę, ale nie wiedzę nic nadzwyczajnego. Myślę sobie, że może sobie pysk ochlapał czy coś.



Mija 20 minut, a ten dalej się oblizuje, co już mi się bardzo nie podobało. Otwieram mu ponownie paszczę i wszędzie jest dużo śliny. Wytarłam trochę chusteczką i oglądam każdy ząb i jak paszcza otwarta i zamknięta. Zaglądam w gardło, oglądam podniebienie, jęzor. Wszystko czyste. Przez dotykanie wszystkiego nacisnęłam na śliniankę i moi drodzy zalały mnie hektolitry śliny. Nawet Soni mordę otwierałam, żeby porównać czy coś się nie różni i tak wykryć błąd. Jakby powiększone ślinianki, ale sama pewna nie byłam, czyli nic nowego się nie dowiedziałam.

Dlatego wykluczyłam wbicie się czegoś w fafle czy dziąsła. Tak samo, czy coś psu nie weszło między zęby. Czy jakiś ząb się nie ułamał czy coś dziwnego się z nim nie stało. Oglądnęłam psa z zewnątrz czy nie ma jakieś rany. Czy gardło jest czyste, tak samo z podniebieniem. W końcu jadł śniadanie i po nim coś psu się stało. Żadnej dziurki, krwi czy czegoś wystającego NIE BYŁO.

No nic, od razu zawał serca i oglądanie psa z każdej strony czy coś się nie przyplątało. Wszak ślinienie się jest objawem skrętu. Ale pies zachowuje się normalnie, zero uchybień.

Nie miałam samochodu, aby zapakować psa i pojechać do weta to zaczęłam szaleństwo po wujku google co to może być, aż trafiłam na wpis Życie z Psem na temat ślinotoku.

I analizowałam, co innego podałam psu lub z czym miał styczność i mnie olśniło. Dałam mu suple na stawy. Teoretycznie on je wcześniej dostawał,bo najpierw dostawały go Owczary, a jak Ciap się pochorował i obstawiałam kręgosłup to tylko on je dostawał. Teraz mi się o nich przypomniało i stwierdziłam, że czas je skończyć. A jak Gandi dostawał kolacje w kojcu, razem z suplami to nie chodziłam sprawdzać czy wszystko z nim w porządku. W końcu to tylko suple, naturalne i część z nich już znał, nigdy nie przyszłoby mi go głowy, że mogłyby mu zaszkodzić. A jednak, człowiek uczy się całe życie.

Ciapuś, który był alergikiem mógł je jeść, co więcej to były jedyne suple, które mu smakowały. Sonia też jadła je bez problemu, a tu Gandi, ogólnie zdrowy pies i taka reakcja. Moje biedactwo.
Ale wyspał się wczoraj i pomalutku mu przechodziło. Jak mu dałam kolację to go bardzo uważnie obserwowałam, ale wsio wzorcowo było.Ale co się strachu najadłam to moje.

środa, 1 lutego 2017

Kiedy będą szczeniaki?

Czasem ludzie zadają mi takie pytania, ale grzecznie odpowiadam, że po tych psach u mnie dzieci nie będzie. Jednak, jeśli ktoś nie rozumie moich, jakże dla mnie oczywistych odpowiedzi, to mnie to denerwuje. A jak ktoś chce zmienić mój pogląd na niektóre sprawy to mam ochotę gryźć.

Oczywiście złych pytań w moją stronę, jeśli chodzi o psy jest znacznie więcej, ale ostatnio czara goryczy się przelała.

Bardzo drażliwym tematem dla mnie jest rozmnażanie moich psów. Działa to na mnie jak płachta na byka i zastanawiam się czy tylko kasa, kasa się liczy, aby było taniej? bo po znajomości to pewnie pół darmo szczeniaki pójdą.
Szczeniorek
Ale zacznijmy od początku. Wzięliśmy naszą Sonię z PSEUDOHODOWLI, taką pokrzywioną i z problemami, które były widoczne gołym okiem, nawet dla laika. Sonia rosła, rosła aż dorosła, jednak krzywe łapki zostały. Nie były tak zdeformowane, ale jednak odbiegały od normalności. I się zaczęły pytania, kiedy będą szczeniaki po niej. A to jakiś kolega ma pięknego samca, więc może pokryjemy nim Sonię. Aż do tematu, że znalazło się kilka chętnych na szczeniaka po niej za 200-300zł. Oczywiście po taniości, bo kosztów to my nie poniesiemy w tym biznesie. A oni tylko chcą ładnego owczarka, więc nawet dadzą nam zarobić.

Stójka Soni

Dlaczego im odmawiałam?
Sonia nie ma rodowodu, ani ona ani jej rodzice nie byli przebadani. Jest tak na prawdę kundlem, których w schronach jest na pęczki. Jeśli tak bardzo chcecie psa przypominającego owczarka niemieckiego to zapraszam do schronisk. Do tego jej psychika kuleje, więc szczeniaki mogłyby po niej przejąć tą wadę. Aż wreszcie nie rozmnożę psa tyko dlatego, aby sobie na niej zarobić, co przy proponowanych cenach jest równie wątpliwe jak to, że wyjdą po niej fajne psy.
Warto zwrócić uwagę, że aby odchować miot, który musi być dobrze karmiony, mieć zapewnioną opiekę weterynaryjną oraz socjalizację to są to spore koszty.
Tak, nadal dostawałam oferty krycia, jak już Sonia nie miała macicy. I nikomu to nie przeszkadzało, że ona wysterylizowana, pokryjemy ją.
Ale jak to nie chcesz szczeniaków?Spoko to jak będą w wieku do wydania to je nam dasz.

Nie wspomnę, że jak się dowiedzieli, że biorę samca ONka to teraz systematycznie szczniole u nas będą. Ojej, nie udało się :D

Tak się kocha moja para hodowlana

Taa jasne, bo ja o niczym innym nie marze, tylko aby wydać na świat szczeniaki po wątpliwej suce. Do tego ponieść spore koszty i na koniec nic nie wiedzieć o tych psach, gdzie trafią. Bo raczej nie do domu na kanapę tylko prędzej łańcuch czy schronisko. Nie, dziękuję.

Później pojawił się Gandi.
I tu za to dostawałam oferty sprzedaży szczeniaka. W końcu masz fajnego psa, to go sprzedaj, a sobie nowego znajdź. W końcu można go traktować jak zwykłą, nic nie czującą, rzecz. Bo on jest taki ładny i bla, bla, bla. W sumie to nikt tego psa nie znał, a traktowali go powierzchownie.
Ale teraz to mi krew zawrzała, jak dostałam propozycje krycia Gandim.To, że mój łoś ma rodowód, nie uprawnia go do rozmnażania. Po pierwsze nie ma i nie będzie mieć wyrabianych uprawnień repa. A po drugie nie będzie kryć suk, bez uprawnień, u zwykłych pseudo, aby oni  w ogłoszeniu mogli sobie napisać, że szczeniaki są po ojcu z rodowodem. Nosz kurczę, NIEEE. I na prawdę, nie przekona mnie tych parę złotych.


Taki zacny z niego reproduktor

Już nie wspomnę, że nie zrobię tego ludzkości i nie powołam na świat szczeniaków tak stukniętych jak Gazik. Bo nasze zmagania są fajne i śmieszne to jednak wielu ludzi temu nie podoła i przy pierwszej okazji się pozbędą takiego psa.

Popieram w stu procentach akcję pt. R=R, czyli rasowy = rodowodowy.

Gdybym Gazikiem pokryła, a Sonię rozmnożyła to byłabym zwykłym pseudohodowcą.

Para hodowlana

piątek, 27 stycznia 2017

Bez Ciapka...

jest tak dziwnie. Niby w ostatnich dniach było z nim źle i nie był taki jak zawsze to jednak on był. Teraz jest cicho i pusto.

Nie słychać jego oddechów, nie ma stukotu jego łapek. Cisza. Głucha cisza.
Nadal jak wstaję od komputera to patrzę pod nogi, żeby go ominąć.
Czekam, aż pobiegnie do stołu na komendę "obiad".
Jak coś spadnie ze stołu to czekam, aż to zje. Nie ma go? zaglądam pod ławkę i tam jest pusto...
Idąc do góry po schodach to oglądam się, aby go zanieść.

A jego już nie ma.

Już w wtorek posprzątałam jego szelki, obroże, wyprałam zabawki.Wszystkie JEGO rzeczy schowałam do pudła. Zrobiłam też paczkę akcesoriów do schroniska, a także część nadaje się do sprzedania. Nie miałam problemu z tymi porządkami.

Jednak nie potrafiłam ruszyć jego  misek. Co więcej, jak owczary były w domu i wypiły jego wodę i poszły na dwór to mnie nosiło. Musiałam nalać wody do miski i odniosłam na miejsce w kuchni, bo tam jest jej miejsce. I nadal tam stoi miska z wodą. Bo Ciapuś nas odwiedzi i niech wie, że o nim pamiętamy.

Zostały też Ciapka kocyki, na których w ostatnich dniach leżał. Już są czyste, wyprane, złożone w kosteczkę i leżą w moim pokoju. Czekają, aby je schować. Ale nie mogę. Nawet jak na nie zerkam to mam łzy w oczach, o dotknięciu nie ma mowy, jak na razie.

Całe szczęście, że mam Poczwary, jest się do kogo przytulić i pocieszyć. Z tego też przywileju obecnie większą część dnia spędzają w domu, bo ta pustka jest nie do zniesienia.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Ciapek [*]

Dzisiaj odszedł od nas Ciapek. Miał wychować jeszcze tyle szczeniaków, miał przecież żyć 16 lat, miał... ale jednak los miał dla nas inny plan.
Od 1,5 miesiąca walczyliśmy z chorobą i niestety przegraliśmy. Najprawdopodobniej miał guza mózgu.

I tak zostawił nas z obrożą, suchą karmą, miskami, piłkami i z moim pękniętym sercem...

Wkroczył ze mną w dorosłe życie i dał mi najtrudniejszą lekcję dorosłości.


piątek, 20 stycznia 2017

Nasze akcesoria spacerowe

Dzisiaj na tablicy trafiają nasze akcesoria spacerowe. Nie jest tego dużo i nie wszystkiego używamy, ale sentyment nie pozwala nam ich sprzedać :)

Zacznijmy od obroży.


Nasze najlepsze obroże półzaciskowe, z haftem od Kudłaty Art. Mają 1,5 roku i jedyne co z nimi robimy to je pierzemy raz na pół roku. Moje psy noszą je ciągle, nie ściągam im ich wcale. I nie mamy więcej obroży, bo ich nie potrzebujemy. Owszem bardzo podobają mi się wzorki w batmany, super bohaterowie, czy mega słodkie czy bardziej odzwierciedlające charaktery moich psów. Tak samo mam wielką słabość do materiałowych obroży zapinanych na klamrę, dedykowanych dla TTB. Ale nie kupuję ich. Dlaczego? bo wiem, że i tak nie będę używane. Nasze obecne są idealne i na pewno nie będę ich ściągać, aby na spacerze pokazać się w nowej obroży, czy aby ubrać nowe do ładnego zdjęcia. Stawiam na bezpieczeństwo i wygodę.I trzeba to przyznać, jestem pod tym względem leniem.

Następnie pochwalimy się naszymi szelkami, których mamy aż 6 sztuk! ale spokojnie, na 3 psy to znowu nie jest taka oszałamiająca liczna, bo tylko po 2parach szelek na głowę.


3 pary szelek Juliusów pasowych i 3 pary szelek Hurtty. Nic wielkiego, ale jestem zadowolona z takiego doboru i co najważniejsze wygodnie mi się prowadzi w nich psy na spacery.

Zacznijmy od góry.
Sonia
Czerwone juliusy i różowe hurtty. Juliusy kupiłam, bo chciałam całe stado w takich samych szelkach, aby było równo. Niestety, wtedy co je kupowałam jedyny dziewczyński kolor jaki był to czerwony. I byłam nimi zachwycona, jednak Sonia ma taką budowę ciała, że nie można jej dobrze wyregulować tych szelek, aby było dla niej wygodne.Nosi je i wydaje się być OK, jednak coś mi w nich nie pasowało, być może chodziło tu o kolor? nie wiem. A potem zapanowała moda na hurtty i chcąc czy nie chcąc zaczęłam sobie je oglądać. I ten róż! ten róż mnie oczarował. Wiedziałam, że ten kolor to jest TEN dla Soni. Długo na nie chorowałam, bo w końcu mam szelki dla niej, a te są takie drogie. Aż całą rodzinką się ściepnęliśmy i pamiętam to jak dziś, zamawiałam je w sylwestra. One z kolei się przekręcają na spcerach,więc też nie jest idealnie. Ale dobrze wyregulowane i to aż tak nie przeszkadza psu czy mnie.

Gandi
Dla niego marzyły mi się juliusy, trafiłam na niebieskie i myślę sobie, to jest to. I faktycznie te szelki pasują mu idealnie. Nic się nie przekręca, nic nie przeszkadza, dobrze na nim leżą. Aleee zamawiałam Ciapkowi, więc byłoby głupio gdyby Sonia i Ciapek miały hurtty, a on taka sierotka miałby być na uboczu. Było grupowe zamówienie i skoro płaciłam za jedne szelki i przesyłkę to mogę dorzucić do koszyka jeszcze jedne, co nie? i po przeliczeniu kosztowały mnie 44zł, bo były przecenione. Wtedy to już grzechem byłoby ich nie brać. Niestety dopóki Gandi szedł grzecznie to wszystko było OK. Jednak w ferworze radości spacerowej, wyskoczył do przodu i sruuu zostałam z smyczą i kółkiem od smyczy w ręce. Muszę je po prostu przeszyć i będziemy w nich dalej śmigać.

Ciapek
Poczwary mają szelki juliusa to on też musi mieć! tzn. on chodził w step-in, ale było mu w nich niewygodnie. Po przetestowaniu i jemu kupiłam i to był strzał w dziesiątkę. Można w nich wyregulować przód na rzep i tył na klamrę. Ale chciałam dla niego jeszcze szelki odblaskowe, a po Soni hurtty widziałam jak one dobrze radzą sobie w takich sytuacjach. Jedyny mankament to taki, że chciałam dla niego szare. A to była edycja limitowana i już niedostępna, dlatego spróbowałam z tymi żółtymi i muszę przyznać, że na rudym psie bardzo elegancko wyglądają.

I na koniec nasze smycze.


Różowe i niebieskie gumowane smycze są Soni i Gandziego. Przepinane, 2,20 cm o szerokości 2cm, ale najważniejsze, są gumowane. Czyli wygodnie leżą w ręce, przy pociągnięciu nic w rękę nie pali i miło w niej leży.
3 kolejne smycze to samoróbki z taśmy gumowanej. Potrzebowałam coś pomiędzy, co będzie wygodne i do wszystkiego pasować. Miałam 5 metrów tej taśmy, karabinki poodcinałam od starej smyczy i dzięki temu mam 3 smycze. Pierwsza ma 3,5metra, jest długa z dużym karabinkiem. Druga to 1,5 metrowa, także z dużym karabinkiem. Trzecia z tej serii to 0,5metra z małym karabinkiem i zgadnijcie, do czego mi jest potrzebna. Aby przypiąć kolczatkę, niestety moje psy mają wiele za uszami i czasami potrzebują dosadnej informacji, że czegoś nie toleruję. A przecież nie będą ciągle śmigać w kolcach, bo to jest głupota. Mam ją na awaryjne sytuacje, gdzie smaczki nie działają.
Ostatnie to smycze automatyczne. Pierwsza to flexi giant, taśma 8 metrowa. To jest smycz Soni, jak chodzi sobie w pola. Gandi nie ogarnia tego mechanizmu. Druga to kupiona w Lidlu, linka i też ma 8 metrów.

Mamy jeszcze jakieś smycze, których nie używamy. Muszę je albo sprzedać albo oddać do schroniska. Ale na razie leżą w pudle na dnie i czekają na okazję.

Ot i tyle. Nie mamy jakiś wielkich kolekcji, ale staram się mądrze kupować i to rzeczy, które efektywnie wykorzystamy. Pewnie, że kuszą mnie piękne i kolorowe, jednak po przeliczeniu pieniędzy odpuszczam, przecież mają w czym chodzić. Mamy w planach kupić dwójnik dla Owczarów, żeby na wycieczki do lasu trzymać je na jednej smyczy. Kuszą mnie tez smycze typu miejskiego, jak z jednym poczwarem idę się socjalizować. I marzy mi się kupić smycz automatyczną neonową dla Ciapka, tylko ja chcę 8 metrów, a takiej nigdzie nie mogę znaleźć.

wtorek, 17 stycznia 2017

Światełko do nieba

Cały tydzień sobie planowałam, że w niedzielę dam psom śniadanie, odpoczną sobie, wezmę Gazika na spacer w pola, a potem śmigniemy samochodem na rynek. A potem w niedzielę rano otwieram oczy, przecieram je z pięć razy i co widzę? ŚNIEG. I właśnie w tym momencie moje plany szlag trafił, ot tak, po całości.

Uwielbiam śnieg i harce w nim, ale niestety ma wady. Jest mokry, a pies po spacerze, gdzie jest śnieg też jest mokry. I jak tego gagatka wsadzić do samochodu, zwłaszcza jak pies jeździ na tylnym siedzeniu? No nie pojedziesz.

Dlatego odpuściłam temat zupełnie i tylko poodśnieżałam z poczwarusiami podwórko, potem poszłam na spacer z Gandzią. Zdobyliśmy serduszka i tak można zaliczyć dzień do udanych.
Wspieramy WOŚP!
 Ale przez cały rok odkładałam miedzianki do słoika, czyli wszystkie drobne resztki z zakupów. Aby je wsypać do puszki WOŚP. Także ludzka część rodziny stwierdziła,że pojedziemy na światełko do nieba. I ten pomysł wcale nie był fajny.

Jednak przejdźmy do rzeczy, kolejnym powodem, dla którego nie wzięłam ze sobą Gazika to fakt, że światełko do nieba oznaczają huczne fajerwerki. Ale chodząc po rynku spotkałam kilka psów, jedne były dość spokojne, nawet wesołe, jak najbardziej socjalne i przyzwyczajone do takich warunków, jednak one stały z boku. Ale też były psy przerażone, niepewnie się czujące, zestresowane. I to nie chodzi o sam fakt strzelania, bo tego na szczęście było mało, ale też o tłum ludzi, hałasy, ścisk. Widać było po psach, że nie czują się komfortowo. Nie wspomnę, że jak strzelili to było jeszcze gorzej. Dlatego trzeba znać swojego psa, by wiedzieć czy jak zareaguje i wtedy zdecydować czy go bierzemy czy nie.
Gandi ogólnie nie boi się fajerwerków, ale nowe miejsce, duuużo ludzi i strzelanie to nie jest dobre połączenie, bo Gandzio ma awersję do świszczących fajerwerków i nielubi tłumów. A jeśli chce się coś z psem przepracować to małymi kroczkami, a nie rzucać psa na głęboką wodę.

A tak już poza tematem to kiedyś na WOŚP byłam w Poznaniu, a tam co roku pieniądze do puszek zbierają Goldeny. Jest to świetna inicjatywa, do tego był pokaz posłuszeństwa/sztuczek i miła atmosfera. Wtedy pół Poznania przeszłam tylko po to, aby swoje parę gorszy wrzucić, właśnie w puszki Goldenowe. U nas niestety pieski nie zbierają, a szkoda, wielka szkoda ;) A moje poczwarusie to raczej zbyt wiele nie zebrałyby :D

piątek, 13 stycznia 2017

Bezpieczne święta

Czyli co robimy, aby święta były udane i bezpieczne dla naszego pupila. Kilka naszych sposobów, aby uniknąć świątecznych kłopotów z psem w roli głównej.


Prezenty, czyli lepiej wcześniej zaplanować i kupić, aby leżały zamknięte w szafie niż... pusto pod choinką, bo kurier nie zdążył przed świętami. Po co się martwic i stresować, lepiej za wczas sobie zaplanować i zrealizować.Lepiej kupić coś, co i nam się podoba i przypasuje psu, bo szybkie zakupy po okolicznych sklepach mogą się nie udać. Np. jakbym chciała kupić zabawkę to byłabym zawiedziona, bo Gandzioch wszystko popsuje.Ciap jest uczulony, a wszelkie przysmaki, które mogę na szybko znaleźć, niestety kończą się drapanką.

Dlatego ja się ciut zgapiłam w tym roku z psimi prezentami, ale kurier zdążył na czas i w piątek była u nas paczusia, a w niej:
- 0,5 kg pasztecików z łososia i 0,5kg pasztecików z królika. Zadziwiające, że to jedyne paszteciki, które Ciapek może jeść. Naszukałam się ich, ale warto, na prawdę warto było.
- 1kg uszów środkowych;
- 1kg suszonej wątroby końskiej;
- 1kg suszonych płuc wołowych.
Także tyle szczęścia, że psy oszalały. Zadziwiające, ale pod choinką nie było ANI jednej zabawki, więc to jest jakby nie było sukces dla mnie, bo jak wiecie (albo i nie), jestem uzależniona od zakupów piłeczek i innych zabawek.



Choinka, to jest chyba największa bolączka świąteczna.
No bo każdy ją chce, a ona tak intryguje zwierzaki. My co roku mamy dużą i żywą, co potem pięknie pachnie. Choć u nas choinka już tańczyła, jak pies z kotem zaczęli w około niej biegać. A także mdlała, bo jakże by inaczej. Dlatego od lat stosujemy metodę przywiązywania choinki do poręczy schodów. Mimo obaw te sznurki są zazwyczaj mało widoczne i dopiero jak się człowiek przyjrzy to je widać. Można też poszukać sznurków pod kolor tła czy zrobić z tego dodatkową ozdobę świąteczną. Cóż, ja co roku mam przywiązaną, a żeby znaleźć na zdjęciach te sznurki to się musiałam naszukać.
 Dodatkowo większość bombek mamy plastikowe i styropianowe. Szklane można na palcach policzyć. Ale czy to ważne? nie, bo nie widać różnicy, a jak spadną to serce nie boli, bo bombka jest cała. Zważając, że odwiedzają nas także małe dzieci, można to nazwać jako podwójne zabezpieczenie.



A jak choinka to i lampki, na które trzeba szalenie uważać. Pierwsza gwiazdka z Ciapkiem, mogła okazać się dla niego ostatnią. Ciapuś jak to wesoły wtedy szczeniak bawił się maskotką, która wpadła pod choinkę. Pobiegł po nią, chwycił zębami i zabawkę i kabelek z lampkami świątecznymi. I w tym momencie jego życie mogło się skończyć. Na szczęście mamy pozakładane odpowiednie bezpieczniki, które uratowały psa. W momencie przegryzienia kabla był huk, błysk i nastąpiła ciemność. Ponieważ od razu wywaliło nam korki w całym domu, psa nie poraziło. To jest bardzo dobry patent dla psiarzy, bo tak samo stałoby się, gdyby pies dobrałby się do innych kabli. Choć napędziło to stracha i nam i psu,Ciapek dostał naukę na wiele lat, bo już nigdy więcej nie zbliżał się do kabli przy choince.
Jak kable to i gniazdka,a do nich są specjalne zatyczki. Bardziej to zabezpieczenie dzieci, aby nie wtykały tam palców, ale może ktoś mieć wybitnie wścibskiego psa, także warto wiedzieć, że takie cuda istnieją.


Jedzenie, które dziwnie samo spada nam z talerza. Lepiej odpuśćmy sobie podawania psu czegokolwiek z stołu. Pies przeżyje i na pewno będzie się cieszyć świętami bez przyprawionej i usmażonej ryby, sałatek, ciasta i całej reszty smakowitych kąsków, wraz z gotowanymi/pieczonymi kośćmi i słodyczami z czekoladą w roli głównej. On tego jeść nie może, więc lepiej tego nie podawać niż spędzić ten świąteczny i miły czas na poszukiwaniu weterynarza.
Nasz Ciapek uwielbia pierogi ruskie, więc jak podaliśmy mu 1 czy 2 to świat się nie zawalił. Ale znamy swojego psa, a i pierogi były dla niego bezpieczne. Ba, jak wyczuł, że w kuchni są gotowane pierogi to tupał łapkami i nie przepuścił nam, aby mu nie dać. Jeden pierożek a tyle szczęścia.

Jak już w temacie psich brzuszków jesteśmy to warto też nadmienić, że czas świąteczny opływa w ciekawych promocjach, dla takich jak my, co podajemy psu surowe.
Niestety nasz zamrażalnik pękał w szwach, gdzie dopiero przed świętami było trochę wolnego miejsca. I co? klops, bo sklep gdzie kupujemy ilości hurtowe dla psów, miał totalne pustki, a po świętach, aż do Nowego Roku jest zamknięty. No i tak się ugotowałam, JA, stary łowca okazji. Na szczęście przedświąteczne promocje mnie uratowały.
W wigilię sklepy były czynne tylko do 14 i do tego przez kolejne 2 dni były zamknięte, więc była duża obniżka cen, aby wszystko sprzedać. I tym sposobem kupiłam taniej całego indyka i królika. Kilka dni przed wigilią udało mi się nakupić serduszek, żołądków i wątróbki po okazyjnych cenach. I hicior, zakupiłam też kilka pstrągów obniżonych o 90% ceny. Święta pełną gębą :D



I na koniec zostawiłam sobie CZAS, czas poświęcony tylko psu. Nie od dziś wiadomo, że okres przedświąteczny jest bardzo gorący. Sprzątanie, gotowanie, a w międzyczasie zakupy świąteczne, ubieranie choinki, czyli roboty bardzo dużo, a czasu mało. Do tego w same święta nie jest lepiej, bo są odwiedziny gości, wielkie obżarstwo i giga leń. A pies zostawiony sam sobie, znudzony pies, z wieloma atrakcjami pod nosem... yyy czy tylko ja już widzę, jak psu święcą się oczka na nowy pomysł, w co się zabawić? Aby jednak pies nic nie wymyślił, co nie jest niezgodne z naszymi planami,warto i nim się zająć. Iść na spacer, pobawić się z nim, poświęcić mu czas i uwagę. A dzięki temu można wyrwać się z gwaru domowego i pobyć trochę w ciszy. Ale też pies będzie zadowolony, jak przy gościach zrobi kilka sztuczek, zapracuje na jedzonko czy poszuka ukrytych smakołyków poutykanych w tajemnych miejscach.



I należy zwrócić uwagę, że w niektórych miejscach już zaczynają strzelać fajerwerkami. NIESTETY, dlatego moim zdaniem już trzeba pomalutku zabezpieczać psa, poprzez ciaśniejsze ubranie obroży czy szelek, aby pies nie zdołał się uwolnić, zacząć podawać tabletki od lekarza weterynarii! a także koniecznie zakup ADRESÓWKI I/LUB OBROŻY Z HAFTEM. Pamiętajmy, że bezpieczeństwo naszego psa jest najważniejsze, aby miło i beztrosko spędzić najpiękniejszy czas z rodziną i przyjaciółmi i przede wszystkim z PSAMI. Bo psy to członkowie naszej rodziny!