wtorek, 2 lutego 2016

Sylwestrowe szaleństwo

Miałam zaległości z pisaniem postów, toteż stwierdziłam, że sobie ten temat odpuszczę. No, ale ten Sylwester był dość inny, więc myślę, że warto o nim ciut naskrobać. I mieć nadzieję, że więcej się taki nie powtórzy...

Ogólnie to Gandi nigdy nie bał się huków fajerwerków i petard, taki cwaniaczek odważaniaczek. Sonia bała się od zawsze, ale coraz lepiej udaje się nam wychodzenie na prostą. Ciap to tak zależy. Sonia i Ciapek to tak bardziej obrazów się bały niż faktycznych huków.

I tak jak od dwóch tygodni przed walili hukami to nie było problemu. Pies ewentualnie rozglądał się, ale bez szału.

Aż w południe w Sylwestra, gdzie było pięknie i widono... tuż koło nas odpalili całą serię tych świszczących. To był armagedon. Jak były pierwsze to było ok, ale jak wystrzelił cały rząd to Ciap ogonek niżej i przybiegł do mnie, Sonia też blisko się trzymała. Gandi na początku było ok, a potem zaczął szczekać i burczeć pod nosem. Aż nie złapał fazy, bo kogoś wina to musi być i odbiło się na Ciapku. Zaczął na niego polować, ale szybko słowo NIE i zawołanie go i uspokoił się. Ale ja widziałam co się święci i jak najszybciej chciałam dostać się z nimi do domu, bo to było lepszym wyjściem niż kojec. I w połowie drogi jak poszła seria tuż nad psimi głowami to psy spanikowały. Bo nie dość, że było głośno to i rozbłysk był niepokojący. W końcu psy nie rozumieją co się dzieje. Doszło do tego, że Gandi nie chciał wziąć do pyska ulubionej piłki czyli Panetki. Co więcej, zaczął jej się bać, bo skojarzyła mu się z tymi fajerwerkami. Wzięłam je do domu i jak się uspokoiło to wypuściłam je na dwór i Gandi, który był odważniakiem, teraz miał ogon dość nisko, Sonia też z za muru nie chciała wyjść. Ciapka zostawiłam w domu, tak na wszelki wypadek. I już wiedziałam, że ten Sylwester będzie ciężki.

Ale ja nie spanikowałam i po załatwieniu potrzeb wzięłam je do domu, porozdzielałam je do legowisk i dostały po piłce do memłania. I już planetka była fajna i superaśna i chwilowy strach minął. I tak ciągle już sobie siedziały w domu i co jakiś czas wypuszczałam na siuśki i z każdym wyjściem było coraz to lepiej. Czyli załatwienie co mają zrobić i Sonia od razu czekała pod domem, a Panowie mieli ważniejsze sprawy do załatwienia. Nie uniknęłam, aby w tym czasie nie było strzelania. I tu coraz mniej zwracały na nie uwagę.

Wieczorem powiesiłam koc w okno, żeby psy nie widziały kolorowych rozbłysków, zwłaszcza Ciap. I tak sobie psiaki siedziały 4 godzinki po czym zgasiłam światło. Zaświeciłam i o matulu! Miałam zmasowany atak na koc, którzy przedstawiał 3 Husky Syberyjskie. Mam hopla na punkcie gadżetów z psim motywem, toteż konieczne było posiadanie takiego koca. I Ciap zaczął nas bronić, szczekać, burczeć i fukać na złe psy na kocu. Podleciał Gandi i burczał... na Ciapka, bo co on odwala, no helloł? I na koniec przyleciała suka je rozgonić. Tłok się zrobił, a Ciap uspokoił się dopiero... po ściągnięciu koca.

Sama godzina 0:00 minęła całkiem dobrze. Tradycją u nas jest, że psy dostają pyszne, zamrożone kongi i tak męczyły się dobrą godzinę. Sonia i Gandi miały pastę z wątróbki z indyka, a Ciap mokrą karmę o smaku koziny plus różne, różniaste dodatki.





Nazajutrz Gandi miał problem z przewodem moczowym. Dostał przez kilka dni tabletki i wyszliśmy na prostą. Ciapkowi ciekło z oka, przemywanie dało efekty i oczko doszło do siebie, a suka... suka po prostu wykulała się w Nowy Rok w śniegu, przeciorała się w każdym metrze kwadratowym ogrodu... i co? a no leciało jej litrami z ucha.Także ten piękny rok zaczęliśmy cudnie. Podejrzewam, że Gazika strach miał również podkłady zdrowotne. Bo on tak ma, że jak go coś boli to zmienia się o 180 stopni i z wesołego pieska robi się siódme nieszczęście, a przewód moczowy lubi boleć.

W każdym razie 2 tygodnie później było światełko do nieba i również było strzelanie, o czym zapomniałam. Poszłam akurat z kolacją do psów, a tu masz, odpalili dyskotekę. Popatrzyłam na Gandzię, a on miał wyrąbane. Przemierzył podwórko jak zawsze przed kolacją, poobczajał swoje sprawy, z ogonkiem wysoko i z uśmiechem przybiegł do mnie jak go zawołałam, króciutkie komendy z wesołością wykonał i dostał kolację. Także ogromny kamień z serca mi spadł, bo na serio bałam się, że on zacznie mi się bać fajerwerków.A w jego przypadku to jest wielce niewskazane.

Bo nawet jeśli pies się nie boi, to w którymś momencie życia coś się może popsuć. Słyszałam o takich przypadkach i dlatego zaczęłam się martwić. Ale (tfu, tfu) oby to było jednorazowe i zobaczymy za rok jak to będzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz