środa, 26 kwietnia 2017

Choroba nie wybiera

Tak to zazwyczaj jest, że jak jest dobrze to to szybko się sknoci i jest źle. Można nawet rzec, że już się przyzwyczaiłam, że co jakiś czas odwiedzamy naszą Panią weterynarz, pewnie z obawy, aby o nas nie zapomniała. Część zabiegów sama przy psach robię, ale z znaczną większością jednak pędzę do naszej Pani doktor. Lepiej dmuchać na zimne, bo im dłużej zwleka się z jakimś problemem to on się powiększa. I później zamiast naderwanego pazura mamy poważne zapalenie.

W pewną sobotę rano Ciapek spał jak zwykle u mnie na łóżku. Zwinięty był w kulkę w rogu łóżka i nic nie zapowiadało problemów. Aż chciał się rozciągnąć i skończyło mu się łóżko.Po prostu z niego spadł, dość nieszczęśliwie, bo na kręgosłup. Wstał, otrzepał się i z powrotem hycnął na wyrko. I było normalnie. W weekend były małe epizody jak to, że rozpędził się i nie trafił na rodziców wyrko czy przy zbieganiu z schodów, poplątały mu się łapki. Zrzuciliśmy winę na wiek, no i to nie był pierwszy raz jak w przypływie szału coś mu nie wyszło.

Aż nadszedł poniedziałek, a mój Ciapuś był nie wyraźny. Chodził zgięty w pół, a raczej leżał, bo chodzenie sprawiało mi bardzo dużo bólu, trząsł się, nie jadł, nie pił, stękał, jak go dotykałam. Pojechaliśmy do naszej Pani doktor i po badaniu dostał zastrzyki i tabletki do domu. Po prostu stłukł sobie kręgosłup.
Prześwietliliśmy kręgosłup, zbadaliśmy krew.I jedynie wyniki wątroby były trochę podwyższone.

I się zaczęło. Moje miejsce na spanie zostało przeniesione na dół, porozkładane psie kocyki i co chwilę wychodzenie na dwór.

Jak się polepszyło to wróciliśmy do mojego pokoju. Ale leki się skończyły a pies nadal miał nie prawidłowy kręgosłup. Kolejne zastrzyki i była lekka poprawa. Tzn. był zwolniony i nie chodził idealnie, ale trochę się kręgosłup wyprostował tzn. nie był już zgięty w pół.

Potem zauważyłam problemy z główką, była przekrzywiona na prawą stronę, oczko było dziwne. Tzn. nie mrugał nim, nie widział na nie, nie wodził wzrokiem za przedmiotem. I prawa tylna łapka zawodziła. Najpierw była opcja, że coś ma w uszku, ciało obce. Ale dostał głupiego jasia, dobrze oglądnięte i tylko kilka kłaczków było. One nie spowodowałyby takich problemów. Czyli problem neurologiczny. Przy okazji miał zrobione USG, obcięte pazurki, pobraną krew. Wskaźniki wątroby spadły i były prawie w normie. Okazało się, że miał trochę otłuszczoną wątrobę, co jest normalne w tym wieku. Czyli wszystko OK.

I w ten sam dzień, Ciapek miał pierwsze dwa ataki padaczki. Wieczorem w środę 4 stycznia. Pierwszy trwał ponad 10 minut. Przez 10 minut psa wyginało w różne strony, z pyska leciały litry śliny. Ale doszedł do siebie, po dwóch godzinach, na spacerze był kolejny atak. Dostaliśmy kolejne leki.

I przy każdej stresującej sytuacji byłą obawa, ze znowu dostanie ataku. Kolejny pojawił się, jak goście pojechali. Potem były delikatniejsze, bo czasem wyginało psu głowę do tyłu i miał wzrok rozbiegany. Po zakryciu oczu ręką, szybko dochodził do siebie. Takich incydentów było sporo. Czasem wiedziałam, że ma atak, bo głową w coś uderzył, ale to trwało z 3sekundy.

Skoro ataki pojawiały się, jak pies się zdenerwował to dostawał tabletki na uspokojenie, dość silne. Chodził pijany. Wpadał na ścianę, na choinkę. Chore oczko ropiało, i wpadały mu igliwia. Cały czas nie chodził po schodach, z czasem progi w domu były problemem.

Nie jadł niczego twardego jak karma, więc dostawał gotowane jedzenie, od końca grudnia.I to z ręki, bo miał problem z jedzeniem z miski. Głowa mu kiwała się na strony, trafienie w jedzenie nie było najłatwiejsze. Ale apetyt mu dopisywał, zjadał śniadania i kolację i mogę powiedzieć, że w sporych ilościach.

Mniej więcej od czasu ataków padaczki doszły trzęsiawki. Były mrozy i po każdym powrocie z dworu pies trząsł się, zawijaliśmy go w kocyk i w jakąś moją bluzę i czekaliśmy aż się uspokoi.

Później znowu wrócił wygięty kręgosłup. Pojechaliśmy do innego weta, który stwierdził porażenie prawej strony pyszczka, że na to oczko nie widzi, a drugie też nie najlepiej. Ogon klapnął. Z chodzeniem było gorzej. Miał jakby sztywność karku, bo nie mógł się położyć wygodnie.
I kolejne leki.

W czwartek nawet nie cieszył się, że Pańcio przyjechał, nawet głowy nie podniósł.

W piątek rano tj.20 stycznia, wyniosłam go na dwór, zrobił dwie kropki, siku i wróciliśmy do domu. Położył się i juz nie wstał, nie reagował. Pojechaliśmy do weta i skoro pies je (rano i wieczorem po gotowanym skrzydełku indyka), robi siku i koopę i co najważniejsze, chodzi. Zrobił 3 kroczki w gabinecie to dostał 4 zastrzyki i dalsze leczenie.

Była poprawa, ale nie na długo.

Niestety w niedzielę wieczorem, wlazł pod suszarkę z ubraniami i dostał atak. W poniedziałek rano kolejny. Zrobił siku i leżał. O 12.45 dostał bardzo silnego ataku padaczki, pierwszy raz skomlał i piszczał, do tego oddał mocz. Jak już wrócił do siebie to oczy miał nieobecne, leżał na kocyku i zero reakcji. Dosłownie po godzinie było taki sam atak. I już nie było żadnej reakcji. Leżał jak warzywko. Nawet oczami nie ruszał. I podjęliśmy najgorszą decyzję, pozwoliliśmy mu odejść, przy nas, w jego domu, na naszych rękach,

On tak strasznie cierpiał...

O. 14.40 jego serce przestało bić...


I tak w niecałe 1,5 miesiąca z zdrowego psa, pełnego energii i chęci do życia zrobił się totalny wrak. Bardzo szybko się zestarzał. I odszedł od nas.

To nie jest tak, że od samego początku po równej pochyłej się staczał. Nieee, były poprawy. Kręgosłup przestał wystawać, poprawiało się z chodzeniem, nawet główka się wyprostowała, ogonkiem zaczął machać. Raz nawet wszedł po schodach do góry. Dlatego ciągle się pocieszaliśmy, że z tego na pewno wyjdzie. Przecież są poprawy. Był czas, ze ataki się uspokoiły, zaczął więcej jeść, bo np. zjadł 1,5 skrzydła na jeden posiłek. Jak przy sikaniu podnosił łapkę, jak pogryzł twarde psie ciastko. Jednak choroba postępowała, najpierw jedno oczko, potem drugie. Wyniki miał dobre, bo kręgosłup ostatecznie był zdrowy, narządy przy badaniu USG prawidłowe, ciut tylko wątroba otłuszczona. Nawet wyniki z krwi, gdzie wskaźnik wątroby był ciut podwyższony wrócił bliżej normy.
 Przez problemy z chodzeniem obijał się o ściany, meble. Przez sztywność karku nie mógł wygodnie się położyć.Tylko bardziej rzucał się na podłogę. Przy atakach padaczki też obijał się. Na dworze czasem chodził w kółko, zanim dopiero wystartował na prostą. Chodził powolutku, potykał się i przewracał. Był ciągle asekurowany. Wszystko było zdrowe, oprócz głowy. Im dalej w las, tym miał więcej książkowych objawów guza mózgu. Przy delikatnym głaskaniu po głowie widać było, że głowa go boli, a dotyk trochę mu pomagał. Najbardziej zmyliło mnie zachowanie psa. Byłam pewna, że przy guzie mózgu pies będzie wykazywać agresję do otoczenia. A u nas było odwrotnie, stał się spokojniejszy, nie reagował agresją na nic, czy to ktoś do domu wszedł, czy u weta czy w jakiejkolwiek innej sytuacji.
Aby potwierdzić czy to był na pewno guz, trzeba byłoby wykonać specjalistyczne badania jak rezonans czy tomografia. Nie zdążyliśmy. Została jeszcze jedna opcja, a mianowicie sekcja zwłok, ale nie chciałam. 

Niech biega szczęśliwy i bez bólu w Tęczowym Moście.

Czułam się zobowiązana, aby takiego posta stworzyć. Pierwszy post na naszym blogu bez zdjęcia...

2 komentarze:

  1. Zawsze, kiedy dowiaduję się, że ktoś był zmuszony podjąć decyzję o eutanazji, ogarnia mnie głęboki smutek, bo pamiętam, jak sama się czułam w podobnej sytuacji. Kiedy przyszło do pożegnania z naszą kotką, myślałam, że zniosę to lepiej, a tymczasem wyłam kilkanaście nocy i męczyło mnie obrzydliwe poczucie winy, ze za długo z tym zwlekaliśmy, że jej ostatnie chwile były pełne strachu - nienawidziła obcych.

    Przykro mi, że przyszło Ci oglądać swojego psa w takim stanie, mam nadzieję, że upływ czasu trochę złagodził te wspomnienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż, ja do końca wierzyłam, że wyjdzie z tego :(
      Choć ja bardziej bałabym się, że bardziej męczyłoby mnie, że coś można było zrobić, a tego nie wykorzystałam...

      Usuń