Dzisiaj rano będąc w domu, za oknem zauważyłam 2 psy bez właściciela, co wzbudziło mój niepokój. Jak stałam, tak pobiegłam, zakładając jedynie polar. A tam suczka labradora bez obroży i mały kundel, ale ten miał obrożę, ale bez adresatki. Chwilowe ogarnięcie sytuacji. I pierwsze wnioski. Suczka bardzo głodna, mimo nadwagi, wystraszona, nie wie za bardzo co ma robić. Wręcz gapowata, bo stała na środku drogi i mimo hamujących samochodów i mojego nawoływania, nie chciała z niej zejść. Nawet nie miałam ja ją ściągnąć, bo nie było za co chwycić. Ale też bardzo łagodna i pro ludzka. I miała początek CIECZKI! A owy kundelek miał jakąś chorobę oczu i biegał za nią zwabiony zapachem. Suczka mu się odgryzała,a ten chciał wykorzystać każdy moment. No wesoło było.
Także po odganianiu samca, powolutku przemieszczałam się z tą suczką w stronę mojego domu. Po męczącej trasie, gdzie popychałam, podnosiłam ciut przednie łapy itp, bo suczka była łagodna i na to pozwalała, kawaler zrezygnował i zwiał w drugim kierunku. Trudno.
Założyłam znajdzie starą obrożę, która należała do Soni, dałam jej garść karmy i miskę z wodą. Porozkładałam koce w werandzie i tam zrobiłam jej mały obóz. Nie wzięłam jej do domu, bo Ciap od razu wyczuł cieczkę i już mu zaczęło odbijać.
Co jakiś czas do niej zaglądałam, podrzucając jakiegoś smaka. Aż zaczęła szczekać, bo coś widziała przez okno. Ja patrzę, a tam nasz zagubiony kawaler. No to smycz w łapę i lecę po niego. No i jak ten pies zobaczył, że idę po niego i mam SMYCZ to uciekł mi, gnał aż się kurzyło za nim. I więcej psiaka nie widziałam.
Z tą naszą znajdka chodziłam po okolicy, ale nikt psa nie poznał a i ona nie wykazała jakiegoś zainteresowania znajomymi okolicami. Porobiłam jej zdjęcia i porozgłaszałam na facebook'u, łącznie z prośbą o udostępnianie. Napisałam nawet do gazety, żeby opublikowali na swoim FanPage informację, że znalazłam suczkę. Im większe grono odbiorców, tym większa szansa, że ktoś psa rozpozna. Podzwoniłam na różne telefony alarmowe, a na końcu do schroniska, które po nią przyjechało.
Okazało się, że pies chipa nie miał, tatuażu też niestety nie. Pomogłam psiaka zapakować do klatki,a potem do samochodu i pojechała do schroniska. Ale nadal starałam się rozgłaszać wieści. Kilka godzin później dostałam wiadomość, że właściciel się odnalazł i pies wrócił do niego cały i zdrowy.
Nie mogła zostać u mnie i czekać na właściciela, ponieważ miała cieczkę. Ciap świrował i nie chciałam, aby musiał się tak biedak męczyć. Choć była przyjazna do psów, to do romantycznych amantów wyskakiwała z zębami.
Zostałam bardzo miło zaskoczona odzewem na mój apel. Udostępniono post wiele razy, również gazeta lokalna się zaangażowała. Schronisko przyjechało w ciągu 15 minut, a pies tego samego dnia wrócił do domu.
O tą pannicę było takie zamieszanie TUTAJ
Gdyby tylko ten pies miał numer do właścicieli to o wiele szybciej trafiłby do domu, a nawet u mnie mógłby przeczekać te kilka godzin. Bo wtedy miałabym pewność, że go odbiorą i Ciap przetrwałby. Co innego, gdy to była niewiadoma, kiedy informacja dotrze to właścicieli, a na noc nie chciałabym ją zostawiać.
Ale wszystko szczęśliwie się zakończyło i nie chcę wiedzieć, co mogłyby się z nią stać, gdybym nie zareagowała. Także fajnie zaczęliśmy ten piękny 2017 rok :)
I przy okazji życzę Wam samych dobroci w Nowym Roku!